Flis do Trzeciego Króla

JAKUB BOJKO

FLIS DO TRZECIEGO KRÓLA

WSPOMNIENIA 1907

Dzień był prześliczny, na jaki się tylko polski maj mógł zdobyć.
W nadwiślańskich wiklinach tkliwy słowiczek nie żałował swego gardziołka, a szare skowronki nuciły na cześć Stwórcy swe ranne paciorki, rozweselając ubogą ludność nadwiślańską. O! bo ta ludność wtedy potrzebowała bardzo tego rozweselenia. Nie widziała drogi ani do Saksonii, ani do Ameryki, zarobku po wioskach nie było prawie żadnego w zimie,
a i w lecie, co to był za zarobek ? W Ujściu pojezuickiem, leżącej wiosczynie wprost Opatowca roiło się od rana niby w ulu, od różnorodnej ludowiny.   Mężczyźni z tobołkmi na barczystych plecach  żegnali się żonami i dziatwą, która się wieszała u szyjek tatusiów, i rzewnie płakała.

To flisacy, czyli oryle wychodzili na flis, czyli na „ryzę”1, Wisłą do Gdańska. Całą zimę siedziało to biedactwo w dusznej chacie, czekając wiosny jak dusznego zbawienia, toć nie dziw że z radością wyrusza gromadka oryli na modrą Wisłę, bo wie, że i grosza co niebądź zarobi, i świata  bożego szmat zobaczy, a do tego któż z młodych chęci by nie miał?

Aby groszy jak najwięcej przynieść, kobieciska przysposobiły im tobołki   z  żywobyciem czyli: „leguminę”. A wiąc kaszy jaglanej, krupek pencaku, ziemniaków, chleba co nie bądź, bryłkę masła, sereczek i t. p. ot, jak którą stać. Wsiedli na tratwy, chwycili za drygawki, krzyżyk położyli na czoła zeznojone i popłynęli do Opatowca na drugą stronę do Polski.

– Maciek, wołała jedna z kobiet, a ino nie zabacz  kupić Maryśce   „buksztynów”  (bursztynów).

– No, no, nie trap się o buksztyny, odparł wołany, a jeno tam pamiętajta o   domu i o gadzinie, to i ja o buksztynach nie zabaczę.

– A gdzież to ci ludzie odjeżdżają i czego te kobiety z dziećmi płaczą,   pytałem ciotki, u której byłem, by mi upartą „łuszczkę” w oku zamówiła, a która tę sztukę znała dokumentnie.

– A to widzisz, moje dziecko, nasi idą daleko na flis, to cóżby ludowina nie płakała, kiedy te biedaki jadą aż „pod trzeciego króla do Gdańska”. Dwunastoletni  zmorek  roztworzyłem gębinę na rozcież, bo to słowo   „pod  trzeciego króla” wydało się mi czemś tak nieokreślonem, nadzwyczajnem, i myślałem, że ci ludzie jadą co najmniej na koniec świata bożego.

Widok tych oryli utkwił mi głęboko w pamięci; a lusterko modrej naszej Wisełki stało mi odtąd w pamięci nieustannie.

Mieszkając w pobliżu Wisły, co wiosna wsłuchiwałem się w owe rozkoszne okrzyki retmanów, w owe „ho! ho! warahu od lądu” a widok flisaków krakowskich wracających z ryzy przez Gręboszów, rozbudzał moje chęci do orylki do ostateczności. Pamiętam, jak zwykle chadzali sznurkiem „gęsiego”, najstarszy na przedzie, chłop rosły, i buńczuczny, niech go kutasi biorą, pas na nim szeroki, żebyś parę butów z niego wykroił swobodnie, kapelusz wysoki, z strojną wstążką, fajka „percyanka”(porcelanka) w ustach, a wiosło bukowe, kute – na ramieniu, niby pałasz u oficera. Torba, czyli kobiałka przez ramię a buty na wiośle. Z takiemi kobiałkami szli krakusy pod Racławice, a któż wie  czy to nie te same jeszcze.

A nie rzadko szedł z orylami i nie duży flisaczek pyzaty, w szerokich porteczkach, co mię wprawiało w zazdrość, dla czego to nie ja był na ryzie, skorom dużo tęższy od niego.

A pójdźże dopiero, gdym się dorwał od poczciwego mego nauczyciela Marcelego Stohandla – Robinzona. Jego przygody, jego budowanie tra-tew pożerało moją duszę i radbym się był ptaszkiem stać, by tylko ruszyć
z orylami na wodę. Z największą skwapliwością przysłuchiwałem się gwarze starych flisaków i dech w sobie taiłem, by nie uronić ani słówka, gdy mówili cudowne historje to o „Sodomirzu” to o „krydzianej górze”, to o ,,Pietrawinie” lub o onej „Mysawie” co to na niej zagryzły myszy króla „Popieluska’’ do „imentu”.

Wiersz Czajkowskiego o Wiśle umiałem na pamięć i nie moglem nijak zrozumieć, co to jest berlinka, o której on pisze, że ją Wisła niesie: ,,niesiesz gdy zechcesz, a gdy nie masz woli, to próżno berlinka żaglem swawoli”. A cóż dopiero, gdym czytał, co pisał Wincenty Pol, poeta nasz ukochany, o flisakach? Podobało mi się, jak to tam ludziska z lądu pytają się flisów: „A skąd to Bóg prowadzi?” – „Krakowianie od Krakowa pozdrawiają się w Bogu”. Albo znowu gdy dzwonią w dzwonek św. „Warwarki” (Barbary), prosząc Boga za dusze potopionych w Wiśle.

Czytelniku! ja nie wiem czy ty dzisiaj zrozumiesz, jak takie i tym podobne obrazy rozpierały moją duszą, ale myślę, że nie. Chcąc to zrozumieć, trzeba być chłopczyskiem głodnym, mieszkać nad Wisłą lub Sanem, i mieć koniecznie 18 lub 20 lat.

W całej tej poetycznej podróży, była tylko jedna czarna chmurka,
a mianowicie powrót do domu. Tam woda człeka lekusieńko zawiezie, ale z powrotem pieszo tyle dale, to nie żarty, i Pol także pisał, że powrót oryli jest nie wesoły, ale i to usuwałem z przed oczu – bo to ja sam tę drogę mam pieszo odbywać? Nareszcie starzy oryle orzekli jednogłośnie że już „drygawką” potrafię robić i „śryka”2) udźwignę, więc fraszka o paszport defluidacyjny, ale jak się tu dostać na flis?

Boć to wtedy ludzisków czasowych było podostatkiem, a wszyscy liczyli jedynie na ów flis, niby ks. Stojałowski na swego Szajera, to dostać się frycowi na ryzę było naówczas bardzo trudno.

Pamiętam, jak starzy oryle opowiadali, że dawniej była po temu wielka łatwość, bo drzewa było wszędy w bród, ale w czasach, gdy ja się do tego zawodu modlił, zależało to od starego Mośka z Ujścia, czy i kto ma iść „pod trzeciego króla”, czy będzie siedział w domu. Dziwna rzecz, że żydzi nie mając swej ojczyzny, swego rządu, sejmu, starostwa i rady powiatowej, wszędzie są pierwszymi i swym sprytem i przebiegłością wszędy mają prym i względy. I ażeby to się nie zmieniło nigdy u nas, dla tego zapewne w galicyjskiej sali sejmowej we Lwowie, umieszczono na jednym z obrazów, przedstawiajcych handel, jak chłopi, w zgrzebnych ubraniach i boso dźwigają wory ze zbożem, a żyd dostatnio ubrany, wypłaca im na suchą dłoń nędzną zapłatę.

Otóż za protekcją mego przyjaciela Jana Rozmusia dostałem się przecież do tego zarobku i w r. 1877, po raz pierwszy wychynąłem dalej nieco
z wioski rodzinnej. Czas mi był największy, bo do 20 lat nie byłem dalej jak w Odporyszowie na odpuście i na rekruta w Dąbrowie. Wsiadając na łódź w Ujściu, nie żegnałem się z nikim, ani też nikt za mną nie płakał, boć byłem sam jeden, jak palec na bożym świecie.

Wstąpiwszy po raz pierwszy na ziemię ukochaną, która nosi nazwę Królestwa polskiego, (a dziś kraj przywiślański) ujrzałem po raz pierwszy moskiewskich sołdatów, którzy mię na umór zrewidowali i paszport podpisali, a było to w Opatowcu.

Opatowiec sławne niegdyś miasto, od roku 1863 zaliczone do rzędu zwykłych osad, nie ma dzisiaj prawie nic godnego uwagi. Prócz kościoła starego z r 12823) z bardzo mile brzmiącą sygnaturką i obrazu św. Jakuba nie ma co więcej Opatowiec pokazać. Kilku mieszczan niezamożnych
i z niewielką oświatą, zresztą kilku żydów i załogi moskali, nie ujrzysz tu nic ciekawego. Na rynku stawek albo raczej zbiornik na deszczówkę, bo studni cały Opatowiec nie ma, a wodę do picia i gotowania bierze z Wisły.

Ucieszyło mię to, żem zobaczył swego patrona, i przyszedł mi na myśl Jego żywot. Biedactwo calutki żywot harował, aby tylko owiec Chrystusowi pozyskał, ale czy to z dopustu bożego, czy już tak nie miał szczęścia, ledwo pięciu hiszpanów nawrócił. Dopiero po śmierci więcej nawrócił umarły niż żywy. Dziw się tu zwykłym Kubom że nie mają „smysu” i szczęścia…

Opatowiec niegdyś należał do opatów tynieckich i zapewne od nich swą nazwę wywodzi. Prócz obecnego kościoła był tu i drugi, ale go rozebrano może przed 90 laty, a może i później. Wisła go sprzątnęła, a dziś
w wysokim brzegu żółtej gliny widać tu i ówdzie kości z cmentarza zburzonego kościoła. Gdzie tu Kazimierz Jagielończyk sejmy odprawiał, gdzie przyjmował poselstwa perskie i weneckie, któż to dziś odgadnie ?4) Stąd pochodzi św. Andrzej Żurawek, o czem sławetni mieszczanie opatowscy wiedzą, a i to warto przypomnieć, że tu w r. 1863 przeprawiał się z częścią oddziału Langiewicz z Pustowójtówną i w Ujściu pojezuickiem w Galicji został uwięziony. Pamiętna i zarazem groźna to była chwila, gdy polskie wojaki z wysokiego brzegu rzucali broń do Wisły, wezbranej naonczas, a sami na promie i łodziach przeprawiali się do Galicji. Między nimi byli: „dwóch panów” Zielonków
i zecer Mańkowski, zmarły niedawno we Lwowie. Langiewicz stał kwaterą we dworze opatowieckim. Rudolf Stohandel, organista gręboszowski, zabrał od niego broń co cenniejszą i przewiózł ją do Galicji, a Langiewicza austrjacy na razie nocowali w oficynie siedliszowskiej.

Stąd szliśmy pieszo do Nowego Korczyna. Mijając Czarkowy wieś, wspominałem, że tu trudnił się kopaniem siarki i torfu jenerał Kniaziewicz gdzie go w r. 1811 odwiedził Niemcewicz, a idąc mimo romantycznych Winiar, przyszły mi na myśl dwa momenta. Jeden, gdy w r. 1794, z początkiem maja Kościuszko zajął kwaterę w Winiarach, a było to po bitwie Racławickiej. Siedząc w ganku i patrząc na prześliczne Winiary, zdobne w zieleń majową, rzekł po chwilowej zadumie:

– Jeżeli Bóg poszczęści i Polsce niepodległość wywalczę, nie żądam innej nagrody, tylko żeby mi dano tę piękną włość. Po trudach miło by mi było tu odpocząć na stare lata”5) Niestety inaczej wypadło i dziś Winiary należą do jakiegoś jenerała rosyjskiego. Drugi moment w Winiarach, to
ś. p. moje poczciwe Ojcosko, który tu jako chłopiec chodził z listami od niejakiego p. Grabowskiego do panny mieszkającej w Winiarach. W przystępie dobrego humoru, kazała panna ś. p. Ojcu, taką śpiewkę śpiewać wobec p. Grabowskiego:

„Trzewiczki za czeski, pończoszki za sześć,

Tańcujże Grabowski, tańcujże waszeć”.

Ztąd też patrzał ś. p. mój ojciec w r. 1813 na zalaną przez Wisłę  Galicję,   na którą z tego wzgórza widok jest  cudowny, a czy  dumał, że w Galicji żyć i umierać będzie kiedyś, to wątpię.

Patrząc na nowy Korczyn dzisiaj, któżby powiedział, że on tak wielką rolę odegrał w historji naszego narodu ? Toż to tutaj odbywała Małopolska, a więc Galicja, swoje sejmiki6), a miasto ono zowią nasi pisarze starożytnem boć już ten wielki król Kazimierz wzmacniał tu istniejący obronny zamek, z którego dziś ledwoszczęty chłopi w ogrodzie pokazują na polu które się zamkiem7) zowie.

Tutaj to mieszkała długi czas św. Kunegunda, którą tutaj Bolesław wstydliwy często odwiedzał, upominając się daremnie o swe prawo małżeńskie, tu wzywał Kazimierz Jagiellończyk mieszczan krakowskich, którzy zabili Tenczyńskiego na sądy, tutaj założył Zygmunt August fabrykę broni,
a Batory fabrykę prochu. Tutaj król przyjmował poselstwo królów czeskich i hana tatarskiego.

Dziś, z całej świetności Nowego Korczyna pozostały dwie wspaniałe świątynie jedna pofranciszkańska, przebudowana w r. 1346 a druga fara, fundacji króla chłopków, Kazimierza Wielkiego.

W klasztorze przy tęczy, są licho namalowane podobizny św. Kingi i Bolesława jej męża, a przy nich data pierwotnej budowy r. 1248. Cele klasztorne zburzyli, i sprzedali na komorę celną sławetni mieszczanie   Nowokorczyniccy,8 a reszta ubikacji świeci ruderą.

Fara z przepyszną kamienną facjatą lepiej zachowana. Na facjacie widać herb województwa krakowskiego i orła polskiego. Zakrystja posiada wspaniałe aparaty kościelne, które swem staraniem kazał obecnie zrestaurować pleban obecny ks. Stein, człek wielce zacny i patrjota.

W skarbcu przechowują skrzynię żelazną o kunsztownym zamku, bibljotekę złożoną z dzieł treści religijnej i kilka przywilejów na pergaminie, jeden z r. 1444, które wartoby jakiemu znawcy odczytać.

Na obydwa te kościoły jest zaledwie jeden ksiądz – zacny Żmudzin – ubogi jak zwykłe księża w Królestwie. Każdy grosz łoży na restaurację  tych świątyń, i na  orkiestrę wieśniaczą, bo już to muzykę i śpiew lubi pasjami…

Rynek olbrzymi, a w koło niego domy zamieszkałe przez ubogą ludność, przeważnie żydowską. Do niedawna widniał na jednym domu orzeł polski, ale go moskale kazali uprzątnąć. Wszedłszy do wnętrza tegoż domu wyczytałem na stragarzu rok 1779, słowa po łacinie: „A słowo ciałem się stało”. Pokazują tu jeszcze za miastem i studzienkę św. Kunegundy. Ludność tutejsza uboga i ciemna dosyć, i mieszczanie niczem się nie różnią od chłopów co do wiedzy, ot jak zwykle małomieszczanie.

Ponieważ tratwy na Nidzie miały jeszcze stać dwa dni, udałem się do pobliskiej Wiślicy, aby zobaczyć to stare polskie miasto, w którem król chłopków w r. 1347 uchwalił sławny statut wiślicki.

Okolice Wiślicy są nad wyraz miłe dla oka. Lud dorodny, zdrowy, ziemie urodzajne, łąki żyzne. Osady w koło Wiślicy zaliczają sią do starych, a założenie samej Wiślicy gubi się w zamierzchłej przeszłości. Zdala widnieje wspaniała świątynia, z wyniosłą wieżą, do niej też skierowałem najpierw swe kroki. Świątynia Wiślicka, to kolos wspaniały i śmiało może stanąć obok najpiękniejszych kościołów, nie tylko w kraju ale i zagranicą, i nie flisowi się kusić na jej opis. Ale jak wiem, umiem, i widziałem, spróbuję opisać. Kościół ten wybudowany jest
z kamienia ciosowego, w kostkę obrobionego a ściany są wysokie przeszło na 20 łokci. Budowę jego rozpoczął Władysław Łokietek, który do figury kamiennej, tutaj się znajdującej, miał wielkie nabożeństwo. O tej figurze jest legenda, że kiedy Łokietek przed Niemcami i Czechami musiał się ukrywać, zwykł był się przed tą figurą często modlić. Gdy wymawiał słowa pieśni: „pokaż się Matką być” usłyszał głos: „Władysławie, wstań, a zwyciężysz!” Słowa te dodały mu otuchy,
i gdy wrogów pobił, kościół ten budować począł, Kazimierz, syn jego dopiero budowy dokończył w r. 1350 a figura ta z klęczącym Łokietkiem, dotąd jest
w wielkiej czci w kościele Wiślickim. Figura ta kamienna, nie wyższa nad łokieć, przykryta jest srebrną blachą, a wisi też obok i obraz, na którym namalowano cuda tutaj zaszłe i króla Łokietka klęczącego, przed tą figurą
z ust której płyną słowa: „Ladislae surge et vince”.

Wolno wierzyć w tę legendę i nie wierzyć, ale miło patrzeć na piękną
figurę o ujmującem obliczu u stóp której król Łokietek klęczy, która tyle wieków przetrwała, a przed którą tyle pokoleń się przesunęło.

Na sklepieniu widać herbów nie mało, ale flis się na nich znał nie bardzo, toć nie podaje, jak się zowią. Dach na kościele ostry nadzwyczaj,
a wiązanie z modrzewia ma być bardzo sztuczne i mocne.

Skarbiec jest dość bogaty, bo Moskale przecież kościołów tak nie złupili, jak katolicka Austrja, a prócz monstrancji starożytnych i kielichów, pokazują drzwi żelazne, na których niby, miał djabeł nieść Twardowskiego do Rzymu.

Drzwi te pochodzą prawdopodobnie z zamku, o którym niżej będzie. Na chórze stoi organ ciekawej konstrukcji, na którym widać napis, że w r. 1549 był restaurowany. Mimo takiej starości przygrywają jeszcze na nim.

Przed wielkim ołtarzem na ścianie stoi postać Łokietka w zbroi; lichego dłuta a pod nim taki napis:

„Nie wielkim ci był” wprawdzie z natury w ciele,

Jednak małej urody wielkichem bił śmiele.

Nie wspominam jakom bił Czechy i Prusaki…

Samem Fortunę zwalczył, z którąm bitwe stoczył,

Czarny pot ze mnie płynął, gdym tych i tych tłoczył,

Trzykrociem z państwa spadał lecz za twoją sprawą

Bellono, znowum usiadł z znamienitą sławą.

Mąż ma mieć serce wielkie, choć sam będzie mały

Co zabił Goliata, mały był, lecz śmiały.

Ulisses łeb wielkiemu olbrzymowi zraził,

Przedsię on człeka – a jam złe szczęście poraził”.

Na froncie kościoła widać w framudze postać króla fundatora, zniszczałą od czasu, a której podobiznę widzi czytelnik na rycinie podanej.

Widać też na froncie kościoła wisielca w kamieniu wykutego. Ma to być sam budowniczy, którego król rozgniewany kazał powiesić, ale wyroku dosłownie nie spełniono, a tylko na kamieniu wykonano. Król się udobruchał, a kamień na pamiątkę dotąd widnieje w murze.

Okazałą jest też i starodawna dzwonnica, która budowana jest w połowie z ciosu a reszta z drobnych kolorowych cegiełek, a podziw wzbudza
i stara budowa, mieszkania dla księży, tuż obok kościoła, którego wnętrze aż się prosi restauracji. Sufity szczególnie zasługują na uwagę, a i w bibljo-tece znalazłoby się nie mało jeszcze szacownych rzeczy.

Na południowej ścianie kościoła widać rzeźbę ciekawą, na której widać, jak św. Stanisław przedstawia Boga Rodzicy króla fundatora, który trzyma kościół Wiślicki w ręku.

Pod spodem napis gockiemi literami, których Kuba flis czytać nie umiał, ale który tak brzmi po polsku:

W roku 1350 najmiłościwszy król Kazimierz II. ten kościół z ciosowego zbudował kamienia, czego pamiętny kler wiślicki wniósł ten pomnik
w r. 1464.

W Wiślicy zaszedł też ów wiekopomny fakt, że Gniewosz z Dalewic, szlachcic, nabajał przed Jagiełłą boskich niedowidów na świątobliwą Ja-dwigę i tu król czynił sądy o tę potwarz. Przekonany Gniewosz musiał – jak stare dobre prawo kazało, wleźć pod stół, i 3 razy powiedzieć: „To co mówiłem na królową Jadwigę szczekałem jak pies”.

Dużo mniejby było boskiej obrazy – gdyby dziś było takie prawo a i na gatunek psi Iźej by było, gdyby ludzie dzisiejsi musieli odszczekiwać jak psi pod ławą, co w złości na swych bliźnich nabreszą.

Poszedłem też zwiedzić miejsce gdzie stał ongi zamek, umocniony przez króla Kazimierza, ale tu prócz fundamentów, nic nie pozostało.

Za miastem stał ten gród, na wzgórku, z którego widok prześliczny na Jurków, Chroberz, Nowy i stary Korczyn – a i Gręboszów bym ujrzał, żeby nie Czarkowska góra. W dziedzińcu zamkowym, gdzie się gromadziły drużyny orężne, gdzie butni i wielmoże igrzyska wyprawiali, pracowity kmiotek uprawiał wąsaty jęczmień który wietrzyk przelotny rozkosznie kołysze. Czy właściciel jest świadom przeszłości tego kawalątka ziemi, czy mu takie myśli, jak mnie, przyjdą kiedy do głowy ?

Wróciłem pod wieczór na tratwy, które się kołysały przy ujściu Nidy. Było ich siedm, każda mierzyła 180 łokci długości, a 60 szer., a składały się z dębowych progów pod kolej. Jedynie tu i ówdzie były belki sosnowe zwane: „podszewka”, bez których tratwa nie mogła by się na powierzchni wody należycie utrzymać, jako że dębina tonie. Prócz tego na każdej tratwie był ładunek, bądź to z belek ciosanych, bądź z klepek dębowych.

Każda tratwa składała się z czterech pasów, zwanych z flisacka: „gleniami.”; glenie te były powiązane do siebie grubemi nićmi, z brzozy lub dębu, które flis zowie: „śrykówki”. Śrykówki zapinają się w oczka, a przetykają się kołkami, które nazywają: „żbilem”. Chcąc tratew zatrzymać, używa się do tego grubego i długiego dębu lub brzozy, który zwą: „śrykiem”. Śryki te” umieszczone są w otworze tratwy na to umyślnie zrobionym, który się zowie „skrzynią” i na komendę: „śrykuj” topi się w wodzie te drągi. Dodać należy, że tutaj można się i śmierci lub kalectwa napytać, i więcej tu zrobi zręcznością i sposobem jak siłą.

Na tratwach, było 8 ludzi, 4-ch na przedzie, czyli na głowie a 4-ch na tyle, czyli na „calu”. Komendant tratwy, czyli „przednik” stoi na głowie tratwy, po lewicy, flisak po tej samej stronie na calu, zwie się „hartulnikiem”. Stojący po prawej stronie, zwą się jałowi”. Gdy rotman krzyknie: „śryki jałowe na calu!”, to dwóch flisów po prawej swoje drągi topią w wodzie, które się rejdują w piasku, i tratew się zatrzymuje w biegu.

Przednik musi się znać na wodzie, i na cieselce. Pobiera pensję większą, reszta flisów nie różni sią niczem między sobą. Flisacy sypiają w prymitywnych budach, cienko słomą krytych, szyper lub kupiec ma budę z desek wspanialszą, zwaną: skarbówką, na szczycie której fruwa chorągiewka. Póty, wszystko mi się wiodło jako tako, a nawet było mi wesoło. Dziewczęta nowomiejskie, pędząc płowe krówki do Nidy śpiewały nam:

Płyną flisi, płyną, nie mają retmana,

Najświętsza Panienko, prowadźże ich sama”.

Ale my mieli retmana, starego wygę z Ulanowa, a nawet i jego zastępcę czyli podmajstrzego Jana Czajkę, też stamtąd.

„Flisacy rozpalili ogniska na tratwach i jęli się gotowania, ja o tem nie miałem pojęcia, toć gapiłem się, gryząc skórkę chleba. Spostrzegł to przednik, dumna sztuka, zmierzył mię groźnie od stóp do głowy i pyta: „coś ty jeszcze fryc”. A no jużci – odrzekłem zakłopotany. „A pocóżeś ty, rzeźnicki synu, wpakował się na głowę – nie prawie byłoby na ciebie – na jałowym rogu? A przejdźno się po „trafcie”
a spenetruj, czy śrykówki pozapinane a „walce i strzałki masz pod ręką?”

Ani mi się śniło, aby piądź kija zwało sią strzałka, a co śrykówka lub źbil – któż to mógł wiedzieć. Nazwy te przyszły do nas od Niemców, jak to później dowiedziałem się, czytając Klonowicza, który też Wisłą jechał do Gdańska, a potem swą podróż wierszem opisał.

Oto co Klonowicz o tych cudacznych nazwach w swym Flisie pisał:

„A te przezwiska od Niemców są wzięte,

A w polskich flisów porządek przyjęte.

Nie dziwuj się nam, że źle wymawiamy

Co z Niemiec mamy”.

Kupiec, czyli „frochciarz” z Nowego Korczyna przyszedł nas pożegnać na drogę, i częstował flisów obrzydliwą wódką, którą oryle zowią „odkładna”. Nareszcie, w imię Boże, wychynęliśmy na modrą Wisełkę, niby kaczki dzikie w szuwarze, a przed nami niby jenerał majster” czyli retman
w malutkiej łódeczce z jednego drewna wyciosanej.

Mój Boże dobry, ile ta rzeka spławiła majątku z Polski do morza, ile lasów, ile soli, popiołu, gipsu itp. bogactw nią nie przepłynęło, póki kolei nie pobudowano, które zadały cios orylce!

Retman ma w łódce spory pęk prętów chrustowych z liśćmi, którymi znaczy drogę dla tratew. Gdzie woda dobra, to tam wbija, czyli ryje kół
w piasek, który się zwie: „zielony”, gdzie woda płytka czyli hak, tam kół ten złamie na wierzchu, a wtedy zwie się po prostu „załamany”.

Wisła, począwszy od Opatowca, kręci się i wije niby wąż, toć trzeba się było dobrze krzątać, aby: „nie uryć na ląda” czyli „nie wjechać na świnię”. Aby tego uniknąć muszą niebożęta oryle pracować dobrze „drygawkami
a często przerzucać się forsownie od brzegu do brzegu, co się zowie „obalaniem” tratwy. Czynność ta daje się we znaki najbardziej tym, co są na calu tratwy, nic też dziwnego, że każdy się stara dostać na głowę, a cala unika. Ale to wszystko furda dla oryla, jedzie sobie tratwą po tafli wiślanej trzymając w ręku drygawkę, niby kanonier lont zapalony przy armacie,
a choćby ta i uwadził o hak, to nic mu nie szkodzi. Owszem rad z tego, bo mu więcej czasu podróż zabierze i więcej grosza zarobi. A po to przyszedł tutaj. Tu szukali tego zarobku od wieków krocie polskich chłopów na swych własnych statkach, pokąd ich nie wzięto w większe poddaństwo, omal rzecby można w niewolę, a potem pański towar spławiając. Za czasów Władysława IV, podają liczbę oryli na Wiśle z samego Mazowsza
i z Sandomierskiego na przeszło 4000 luda.

Gdy tratew wjedzie na piasek – na hak, czyli jak flis powiada, że: „powali”, trzeba jak niepyszny rozbierać się, brać drążki, zwane „sprysami”
i „traftę” spychać. Ta robota zowie się tutaj: „weselem’”, a wódka, którą kupiec musi częstować flisów, jeśli „wesele” ma trwać nie długo, zowie się też: „weselną”.

Niechęć szyprów do takiego wesela wyraża najlepiej piosenka następna:

„Flisaki pijaki, płyniecie na haki

Godzinę pływacie, tydzień wyciągacie”.

Ale ani „obalanki” ani częste „wesela” nie psują zresztą dobrego humoru ani rotmanowi, ani orylom, bo wszyscy wiedzą że:

„Najciężej im minąć Baranowskie koło,

To pod Sandomierzem zatańczą wesoło.

Najciężej im minąć Baranowskie lądy,

Będą pić, tancować po podolu wszędy”!

„Patrzże frycu tutaj na „bakordzie”  gdzie tę kopułę widać – rzecze mi udobruchany już przednik – to widać Baranów. Jest tam takie zamczysko stare, a drzewiej to tam na powale był staw z rybami, niby cielęta, aIe dziś wszystko „wyginęno”9). Podziękowałem co prawda za „oświatę”,
a w duszy śmiałem się z poczciwego prostaczka – bo ja coś więcej już wtedy o Baranowskim zamku wiedziałem, chociaż byłem tylko „głupim frycem”.

Wiedziałem, że zamek baranowski należy do bardzo starych budowli, powstałych jeszcze za Bolesława Krzywoustego i wytrzymywał nieraz napady tatarskie a potem król Kazimierz Wielki darował go Pietraszowi z Małachowa przodkowi Baranowskich. Leszczyńskich rodzina podźwignęła go z upadku a potem przechodził to do Wiśniowieckich to do Lubomirskich, aż się Krasickim dostał. Bawił tu w nim i Stefan Batory,
a w r. 1656, 24 marca polskie wojska poniosly tu klęskę od Karola Gustawa, króla Szwedów. Mieszkał tu czas jakiś i sławny biskup Warmiński Ignacy Krasicki i wiele pięknych rzeczy wiedziałem o tej miejscowości, ależ czyż mógł „głupi fryc” mądrego, starego  przednika rozumu uczyć, albo czyżby  sobie  pozwolił takie rzeczy  frycowi powiedzieć ?

Niebawem przypłynęliśmy i pod Dzików. Uśrykowawawszy, poszliśwa na „ląda” prawie wszyscy. Kościół był zamknięty, ale chętnie mi boży dom otwarto i mogłem go zwiedzić. Zwróciła moją uwagę chorągiew z r. 1767
z wyhaftowanym napisem łacińskim: „Pokaż się matką być” i ładny pomnik Juliusza hr. Tarnowskiego, który w r. 1863 20. czerwca poległ od kuli moskala pod Józefowem.

Napis pod tym pomnikiem jest taki: I wzmogła się bitwa, aż zapadło słońce, i poległ dnia onego.  Młodzieńcom  mężny przykład zostawię,  jeżeli  ochotnem sercem, a mężnie za najpoważniejsze i najśw. prawa poczciwą śmierć podejmę. Lecz ja duszę i ciało moje dawam za prawa  ojczyste, wzywając Boga, aby co rychlej narodowi naszemu był miłościw. A jeżeli się przybliżył czas, umrzyjmy mężnie, a nie czyńmy zelżywości   sławie naszej, bo lepiej  nam umrzeć na wojnie, niż patrzeć na niedolę narodu naszego”. Piękny i stosowny napis, ale szkoda, że krocie tego wtedy nie myślały
i za przykładem jego nie poszły. Westchnąwszy za spokój nieboszczyka, obszedłem w kółko ładny pałac Tarnowskich, ale do wnętrza ani wtedy, ani dziś gdy to piszę, nie przyszło mi zaglądać,

A ponoś warto zobaczyć tę siedzibę Tarnowskich, jako że tam są pamiątki po słynnym Janie Tarnowskim, który pobił ongi Wołochów pod Obertynem, choć miał bardzo mało wojaków przy sobie. Temu to zwycięztwu zawdzięczamy sławny dzwon Zygmunta na Wawelu. Z 50 chorągwi Grunwaldzkich, jak na żal nie zostało ani strzępa, a spiż Wołochów, krwawo przez Tarnowskiego zdobyty, rozlega się z wieżycy wawelskiej dotąd.

Pamiętam, jak odwiedzając koleżkę Kalafarskiego M. w Obertynie siedziałem na mogile obertyńskiej i ubolewałem, że nie upamiętniono owego zwycięstwa tutaj napisem w twardym marmurze, lub że mogiłom bytu nie zabezpieczono. Smutno, że tu tak same mogiły drzemią i boję się aby kiedyś chciwa ręka nie pokusiła się na ich zniszczenie.10) Gdybym był choć tysiączną część tak bogaty, jak potomkowie Tarnowskiego, wiedziałbym co tutaj zrobić, kiedy naród o tem nie pomyślał.

Niebawem przypłynęliśmy do starożytnego Sandomierza, który się rozsiadł rozkosznie na wspaniałem wzgórzu i mimo tylu wieków, tylu burz, ile nad nim przeszły, prześlicznie się przedstawia i nęci oryla do tego, by zwiedził ten gród Leszka białego, ale tutaj oryli nie puszczają; toć z żalem nocując pod Sandomierzem, słyszałem wtedy tylko srebrnobrzmiące głosy, ale wewnątrz nie byłem. Niedawno dopiero miałem to szczęście choć co niebądź przejść się po Sandomierzu a com widział tutaj podaję.

Z sercem wzruszonem wstępowałem po przeszło stu wschodach do grodu Leszka białego, który się rozsiadł na prześlicznem wzgórzu. To nie lada miasteczko, to święta ziemia napojona krwią serdeczną ludzi wielkich, ludzi świętych, którzy tutaj ginęli w obronie wiary i kraju, i gdziebyś ruszył motyką czy głębiej łopatą, wykopiesz ich szacowne szczęty, albo ułomki oręża. Najpierw wita cię dom Długosza, aż proszący się o restaurację,  dotąd jeszcze zamieszkały. Zacny księżyna miał nie zły i gust i majstrów, że mimo tylu burz i zawieruchy wojennej dom  ten stoi i mógłby długo stać,  gdyby go cośkolwiek poratować.

Tuż w pobliżu jest przepiękna katedra, może po krakowskiej najpiękniejsza i najstarsza, bo ją Krzywousty założył a Kazimierz sprawiedliwy dokończył. Paliła się parę razy, jednak zachowała się dotąd wspaniale
i ma mieć sporo pamiątek, ale ich nie mogłem widzieć. Na ścianach wiszą lichego pędzla obrazy różne, między nimi ów rycerz Bobola, który w r. 1656, podczas gdy mściwy wódz Szwedzki Synkler wysadził zamek sandomierski w powietrze wraz z tysiącem dzielnych obrońców, z których Bobola
z koniem przez Wisłę (na galicyjską dziś stronę) przerzucony zdrowo został,
i – wierzyć historji czy nie, pojechał do najbliższej plebanii na obiad.

Horda tatarska wytoczyła tu krwi polskiej nie mało. I tak w r. 1241, drugi raz w r. 1260, a trzeci raz 1287. Podczas drugiego napadu dowódcą załogi był rycerz Piotr Krempa, który się dał uwieść wodzowi tatarskiemu i przybył do obozu wroga. Tu han Teleboga wyłupił oczy łatwowiernemu Krempie a nadziawszy starca na dzidy pokazał go wylęknionym sandomierzanom. Nie pomogły im ostatnie słowa Krempy: „brońcie się i niepoddajcie”. Mimo obrony rozpaczliwej, rozjuszony tatarzyn, zdobywszy nieszczęsny gród wymordował w pień ludność. Większa część ludności – zegnana w gromadę musiała czekać czas niejaki, zanim tatarzy z rabunkiem się uprzątnęli. Jęk i krzyk czekających biedaków na pewny zgon męczeński niebo przebijał. Wtedy to jak legenda mówi, wyrwał się wół z stada zrabowanego przez tatarów i na jednej górze miał rogiem wyryć słowa: „Salve Regina”, która to góra zwie się do dziś Salve Regina.

Kościół św. Jakóba dziś jest zniszczony niesłychanie. Przez niebaczność służby kościelnej przed dwoma laty spalił się wewnątrz, jedynie ocalała kaplica, gdzie leży księżniczka Adelajda fundatorka, córka Kazimierza sprawiedliwego, i gdzie tatarzy zamordowali bł. Sadoka i 49 jego braci.

Obecnie go restaurują, ale widzi Bóg, że wart restauracji ten dziaduś omszały! Pomniki poniszczały, zostało coś nie coś. Szczęśliwym trafem tablica Adelajdy i sarkofag z czarnego dębu z jej szczętami zostały nieruszone. Jest tu i obraz jej dość lichy z napisem polskim: „Nagrobek Adelajdy Domiceli, Kazimierza wtórego córki, Leszka białego siostry, fundatorki kościoła tego, która świątobliwością życia i cudami słynęła, przy tym kościele mieszkając, tu pogrzebiona dnia 8. grudnia 1211 roku”.

Wyszedłem i na wieżę, na której burgrabia zamku schować potrafił Helenę, córkę Krempy, która podług legendy, w r. 1287, po śmierci swego męża, zaprowadzić miała tatarów w wykopany loch podziemny, gdzie wraz z nimi kazała się zamurować. Lochy podziemne rzeczywiście odszukano.

Dzwony tutejsze mają być najstarsze – jakie znamy w Polsce, alem ja tego napisu odczytać nie mógł.

Omszały ten starzec z czerwonej cegły zrobił na mnie niezatarte wrażenie. Przy zakładaniu nowych fundamentów wykopano bardzo stary
a z miłym głosikiem – dzwonek do mszy – i całe fury kości – które w dole oglądałem.

Kości Sadoka i 49 braci jego – nie odszukano dotąd.

Biedna była ta polska kraina i kto wcześniej wstał, ten w niej rządził
i mordował.

Strach pomyśleć, jak nieszczęśliwi byli nasi przodkowie, jaki taki nagnarowawszy się na pańskiem, położył się przy krowie lub prosięciu na garstce barłogu, by nabrać sił do jutrzejszego jarzma tu ci go w nocy budzi piekielny okrzyk i hordy tatarskiej: „Ałla hu! Twoja śpisz, moja chorujesz, pódy twoja do Ordy, budema się dobre miety, na kobylini budem kaszę używaty, a posoku końskoju z mołokiem pity”11) i wiązali w powrozy niebożęta niby bydło i pędzili w straszną dośmiertną niewolę. Nie mamy dziś wprost; pojęcia o tej „szczęśliwości naszych naddziadów”.

Piękny ratusz z czasów Kazimierza Wielkiego przypomina Sukiennice. Na szczycie z radością ujrzałem orła białego, który tam niedawno został umieszczony, podczas chwili, kiedy się miało na weselsze czasy; dziś moskale mają chęć go strącić i nawet ponoś strzelali do biednego ptaka polskiego, ale jakoś nie trafiono. W sali ratuszowej wisi kilka portretów znakomitości polskich, z czasów Poniatowskiego miecze katowskie, księga gruba po polsku pisana z różnymi listami i t. p. królów polskich.

Na rynku jest i krzyż pamiątkowy na cześć cara Aleksandra II., któremu niby lud wiejski ziemi Sandomierskiej, jako „swemu przyjacielowi” za nadane mu prawa postawił. Na jednej stronie piedestału, wykuto chłopa
w sukmanie, który klęczy przed Matką Boską i modli się, czy za… cara?…  Chłopku polski… gdyby za cara, to na nic twoje zdrowaśki, i dziękujesz, nie wiesz za co… a carowi te modły nie pomogą…

Z starożytnych okruchów zamku, zrobiono więzienia i tu, gdzie siedzieli nasi książęta, nasi królowie, dziś jęczą najczęściej niewinni ludzie.

Brzeg Wisły tutaj jest spadzisty, niegdyś był mur nawet i od strony Wisły ale dziś go już tylko ślady. Natomiast zdumiewa nas swą niespożytą siłą wieża czyli brama Opatowska, jedyna jaka z dawnych fortyfikacji pozostała.

„Rok 1809 dogryzł tego, co Szwedzi zostawili i już chyba Sandomierz do tej świetności jaką jaśniał, nie powróci.

Dzwon na wieży przy katedrze ulany jest po napadzie szwedzkim
i flisacy nocujący pod Sandomierzem słyszą jak co dnia wieczorem biją weń w jedną kresę. Jedni mówią, że to za dusze potopionych we Wiśle, drudzy, że za pomordowanych w Sandomierzu, a inni, że za dusze po-ległych pod Warną.

Z Sandomierza widok jest prześliczny na Galicję i trudno się oderwać od tego kochanego grodu było flisakowi, ale to nic nie pomoże, i ruszyliśmy pod równie stary Zawichost.

Stare i sławne to  miasto  ma też nie małą historję.  Tutaj  to Polacy   pobili Romana, Halickiego księcia, który niepoznany został w wirze bojowym zabity. Pochowany w Sandomierzu, wykupiony od Rusinów z Halicza za 1000 grzywien. Tu w r. 1657, przeprawił się Karol Gustaw z 70.000 wojska, które miasto i zamek spaliło, zrabowawszy. Dziś prócz dwóch kościołów
i paru nędznych  domów nie wiele jest do pokazania. Na obydwa  kościoły jest jeden zaledwie  ksiądz. Lud miły – serdeczny a mieszczanie  jeszcze mają dużo staropolskiej patyny, tak w wyrażeniach jak i w stroju. Tutaj widziałem u chłopów takie czapki wełniane z nakrapianym niebiesko białym  obrębem – w  jakiej chodził ś. p. mój ojciec.

Żegluga Wisełką przypadła mi bardzo do smaku. Sztukę kucharską powoli, nie źle pojąłem i proszę siadać, jak smaczne kluseczki, albo barszcz gotowałem. Mnie przynajmniej tak się wonczas widziało, ile że pobyt pod gołem niebem, we dnie i w nocy wyrabia w orylach niebywały apetyt,
i tutaj to doktorzy powinniby wysyłać różnych zdechlaczków, – którzy apetytu do niczego nie mają, na kurację, a ręczę, żeby im apetyt wrócił.

Minąwszy liche mieściny Rachów i Józefów, z niemałem zdumieniem ujrzałem pod wsią Kamieniem, że mi się gdzieś gubi Wisła, bo tratwę niosło wprost na ląd, czyli na „świnię’’. Tymczasem nagle, pod ostrym kątem, Wisła się rzuca ku północy, i całą tratwę migiem skręci, że jeno „calem” łupnie
o górę z białego, miękkiego wapieńca, którą oryl zowie „krydzianą”.

Widząc jakiś stary kościół na wzgórzu, pytałem grzecznie przednika, co to za miejscowość, ale ten, w miejsce odpowiedzi krzyknął: „A calem mocno, a nuże calem”, a za chwilę wołał: „uwróć głowy”, co też oryle zaczęli i prowadzić, zwłaszcza, że rotman jadący na maluchnem czółenku, wywijał dębowem wiosełkiem, które się Iśniło w złotem słonku – niby szabla w ręku oficera – i krzyczał: „A uwróć głowy, wara na bakorcie!” Był to znak, że na prawym brzegu woda miałka, i że trzeba tratwę „obalać”, czyli przerzucić ją nagle na stronę lewą.

Po tej robocie tratewki się wychynęły na dobrą wodę i jedna za drugą płynęła niby cyraneczka, po ślicznej Wiśle, która tu jest spokojna i cicha, że: „jej nic nie słychać, tak lekko oddycha”.

Oryle pozapalali fajeczki, i poczęli do kuchni robić przygotowania,
a przednik rozpogodzony tak mówił: „Widzisz głupi frycu, tam onoli jest kościół w Piotrowinie, gdzie św. Stanisław Piotrowina z grobu wskrze-sił. A szło o to, że św. Stanisław prawował się z jednym królem o cosi. Jak się już na pikne pokłócili, tak ten król peda tak św. Stanisławowi: słuchaj jegomość jeżeli masz słuszność, i chcesz, żeby twoja grała, to wsadź tę lipę czubkiem w ziemię, a korzonkami w górę. Jak się to chyci, no to ci uwierzę”. Co nie robi św. Stanisław, wsadził lipę czubkiem do ziemi,
i drzewo się do razu chyciło, ale król jak wszystkie króle, ćmią biedny naród jak mogą, tak i ten św. Stanisław racji nie przyznał.

Widząc król, że nie peć, co nie robi? Powiada tak św. Stanisławowi: „no mój kochany, co tam przyjęta lipa, to jeszcze „brydnia” (fraszka) ale jeżeliś taki sprawiedliwy, to przejdź mi pieszki po Wiśle do Solca, a tam cię już dokumentnie osadzę”. No i co wy na to waje  powiecie, kończył przednik, św. Stanistaw pięknie ładnie wodę przeżegnał i przeszedł po wierzchu jakby nigdy nic, a tylko po Wiśle została „oślada” i kto godny, w piękną pogodę może ją widzieć, ale to już musi być szczęśliwa dusza”.

– A wyście widzieli tę ścieżynkę, zapytałem?

– Ja nie widział, ale moja żona to już dwa razy ją widziała,  bo ona we cztery bractwa jest wpisana, i w każdą wielką niedzielę suszy”.

– No a cóż się dalej z królem i biskupem stało, pytałem ciekawie przednika?

– No a cóż potem! Św. Stanisław wskrzesił Piotrowinę na świadka – bo innej rady nie było, i król ujrzawszy tyle cudów wpadł w pasję straszliwą i zabił go na fleku (na miejscu).

– A nie wiecie jak się ten król nazywał, pytałem przednika, chcąc wybadać jego wiadomości historyczne. „Ej, ktoby ta tyle spamiętał, kiedy to są stare  historje – i wtedy się jeszcze trafiali „krzysztofolscy” ludzie (wielkoludy), ale coś to taki ciekawy frycu, lepiej calem na wodę, huże, mocno calem”!

Chwyciłem oburącz za drygawkę i kontent byłem z wywodów przednika, który nie winien, że tyle i tak wiedział, bo był słabo piśmienny.

Piotrowin rzeczywiście miała być wioską, o którą się król Bolesław śmiały z biskupem krakowskim wadził, a cud z Piotrowinem miał się stać
w r. 1074. Zbigniew Oleśnicki, kardynał, w miejsce drewnianego wybudował obecną świątynię, a rzeźbę starą przedstawiającą Oleśnickiego dotąd na sklepieniu widzieć można. Na grobie Piotra wskrzeszonego jest kamień, ale napisy zatarte zupełnie.

Co do lipy o której przednik mówił, to tyle jest prawdy, że pod kościołem rośnie lipa rozłożysta – nie wysoka, której gałęzie bierze fantazja ludu za korzenie.

W r. 1704, stał tu August II. kwaterą z wojskiem, i kancelarja królewska, tabory obozowe 33 ludzi, i 90 koni się spaliło. Był tu i St. Poniatowski. Śliczny widok z Piotrowiny na Wisłę i jej okolice, a osobliwie na Solec.

Stara ta osada polska wsławiła się sądami Bolesława – o których było wyżej, Kazimierz Wielki budował tu kościół, a Jagiełło, bawiąc tu, ustanowił jarmarki. Był tu i piękny zamek niegdyś, a dalej od miasta był folwark zwany „Rajem”, który miał ogród włoski, w którym była figarnia drzewa brzoskwiniowego i morelowego, sztuk 300.

W r. 1660 spalili Solec Szwedzi, że tylko „6 domów na uboczu zostało”. („Polska” Balińskiego i Lipińskiego).

Z Piotrowina płynęliśmy najspokojniej pod starodawny Kazimierz. Brzegi Wisły są tu strome, a różnorodne drzewa i krzewy bujnie rozrosłe nadają temu miejscu niewysłowiony urok.

Miał dobry gust król chłopków, zakładając ten gród na tem właśnie wzgórzu, gdyż na całym brzegu Wisły nie ma piękniejszego brzegu. Na jednej górze tuż przy Kazimierzu jest baszta wysoka – bez wejścia; z zamku, w którym gospodarny monarcha lubił przebywać, nie ma i śladu.

Miasto ma powłokę starożytną, i nawet z zwaliskami swemi wspaniale się przedstawia, a zwłaszcza trzy kamienice w rynku z pysznemi rzeźbami.

Na jednej widać dotąd św. Krzysztofora z P. Jezusem na ramieniu
i z drzewem wyrwanem z ziemi.

Święty ten był niegdyś w wielkiem wzięciu w Polsce u naszych praojczyców, a dowodem tego jest, że dużo ówczesnych wielmożów nosiło jego imię, a na domach ryli jego wizerunki. W Krakowie dotąd istnieje kamienica zwana: „Krzysztofory”, a lud nasz kiedy widzi chłopca nie ułomka, powiada, „że musi być po „krzysztofolskich ludziach”.

W farnym kościele, odnowionym przez Jana Przybyłę, jest ciekawy napis po łacinie dla prostego kmiecia, który tak się na polskie tłumaczy:

„Wolarz Aleksy zaległ miejsce tej mogiły,

Co póki wątłe życia starczyły mu siły,

Pilny w swych obowiązkach, cierpliwy w niedoli,

Postępkami strzegł cnoty, a pracą swej roli,

Zmarł z zarazy po zbiorze żniwa swej zagrody,

Spiesząc po żniwo wiecznej w niebiesiech nagrody,

Kmiotku! każdy byś tak żył, los twój byłby błogi,

Zajrzeć (zazdrościć) by ci go mogły i ziemskie półbogi.

  1. sierp. 1592 r.12

Czem  sobie  ten   kmieć  zasłużył na  taki pomnik, nie wiedzieć, ale  to  rzecz niezwykła w tych czasach.

W r. 1656 Szwedzi zadali cios Kazimierzowi dolnemu, a klęska morowa   w r. 1705 dokończyła zniszczenia, że tylko żydzi zostali się na placu, ciesząc się łaską króla, którego sercem zawładnąła piękna Esterka.

Liczne, a piękne niegdyś spichlerze Kazimierzowskie stoją w ruinach, a na jednej z facjat kamiennych – z tratwy nawet mogłem odczytać rok 1666.

Miły czytelniku i cierpliwa czytelniczko, zwłaszcza ty, która się chlubisz, że znasz zagraniczne kraje, ruiny mieszkań raubritterów, i różnej czeredy niemieckiej, jeżeli wy moi mili nie widzieli okolic Sandomierza
i Kazimierza dolnego, to ja was mocno żałuję. Gdy już przegracie ostatni grosz w Monte Carlo, gdy już przejechaliście i niemieckie cuda i włoskie nieba, zróbcie jeszcze ostatnią wycieczkę na wzgórze umajone Kazimierza, usiądźcie tutaj w poranek majowy, pod basztą kazimierzowską, a może wam serce polskie wskrześnie, i nabierzecie więcej miłości i przywiązania do ojczystego zagonu.

Ten cudny wzgórek umieli ocenić panowie dawni, i nasi królowie. Na drugiej stronie w wspaniałym Janowcu bawili tutaj często u możnych Firlejów, których chytra baba Zygmunta I., protegowała ze skutkiem, dając początek przysłowiu: „baba stroi Firleje”, a które na wsi lud prosty dotąd powtarza.

Gdy ujrzysz te tratwy płynące cichuchno po Królowej naszych rzek, zda ci się, że to kazimierzowe ludzie zwożą złotą pszeniczkę do spichlerzy, by mieć ratunek dla ubogiej ludności, a w takt drgając drygawki, ukołyszą cię do błogiego snu, i skłonisz głowę na pachnącą macierzankę, a wtedy przyśnią się tobie tysiące twych braci, co tutaj leżą…

I ten król gospodarz, mimo, że od 500 lat spoczywa w wawelskiej katedrze, mimo, że ledwie szczęty z niego pozostały, tu ci stanie najlepiej w pamięci i zmusi cię do zastanowienia się nad jego dziełami i musisz przyznać, że to był gospodarz – Ojciec Ojczyzny.

Bo oto po tylu wiekach, tyle jest w całej Polsce śladów jego genialnej głowy – jego hojności i rozumnego użycia grosza, że się musisz zadziwować, skąd miał tyle czasu na te roboty, skąd pieniędzy i chęci.

Fundator tylu jeszcze po dziś dzień stojących kościołów ku chwale Bożej, a zamków ku obronie kraju pobudowanych, zasłużył sobie krwawym potem na przydomek: „Wielki”.

A choćbyś był i herbownym człowiekiem, to musisz oddać sprawiedliwość, i uznać rozum polityczny Kazimierza nawet i wtedy, kiedy szlachciców kładł na sukiennej makacie, zazierając gandziarą skąd im nogi wyrosły, i kiedy Borkowicza tutaj ponoś, za rozbój chłopków, głodem umorzyć kazał.

I nie będziesz krzyw do ostatniego Piasta, że widząc krzywdę tych,
z których ród swój wywodził, stawał po ich stronie i sam im podawał sposób ochrony przed zdzierstwem starszej braci.

I nie będziesz się dziwił, że chłopi płakali Kazimierza najserdeczniej! Szlachta, nie mogła mu darować Borkewicza, księża mieli go w nienawiści, że im kazał utopić gwałtownika ks. Boryczkę. Chłopi i żydzi wiedzieli,
co stracili.

Niechętny mu Długosz pisze o tem wyraźnie, że „kmiecie zaś i osadnicy wiejscy, aby od szlachty nie doznawali ucisku i pokrzywdzenia, zaczem\rzeczeni kmiecie, ilekroć od swych panów i dziedziców ponosili jaką krzywdę, pod jego uciekali się opiekę, a on wzierał w ich pokrzywdzenia i z największą sprawiedliwością podejmował ich obronę”.

Po śmierci Kazimierza, zaszło slonko chłopom w Polsce na długie wieki, toć nie dziw, że w dniach ucisku przychodzili  do jego grobu na Wawel,   gorzko płacząc i skarżąc się mu psiej doli.

Piszący ile razy stawam przy grobie króla chłopków – zawsze mi przychodzi na myśl, czemu też Opatrzność dała nam tego rodzaju ledwo – jednego Kazimierza? Albo dlaczego nasi pisarze tak mało jego życiem
i czynami się zajmują? Ha, to był król przecież chłopków!

Nie miał względów dla nikogo – ni dla panów, ni dla księży, a gdy brykali, umiał ich bardzo praktycznie uśmierzyć. Batory go przypominał, ale go wcześnie usunięto…

Żydzi, przyjęci w większej liczbie do Polski, a właściwie faworyzowani przez niego nie wywdzięczyli się dotąd Polsce i wolą udawać szwabów.

A mimo, że mają groszy dość, nie zdobyli się sami na pomnik humanitarnemu królowi, który w najgorszych dla nich czasach tyle im ludzkości okazał.

Z miast, które tak ukochał. które tak ozdabiał i ubezpieczał murami przed drapieżnym najeźdźcą – jedna Bochnia zdobyła się na skromny pomniczek. Reszta nic.

Wśród ślicznej pogody, i śpiewu słowików w wiklinach płynąłem dalej – pogrążając się w zadumę słodko, i miła to była dla mnie taka przejażdżka po ojczystej rzece. Człek się naharował nie mało przez cały dzień boży, to prawda – a i straż co 7 dzień też nie zawsze do przyjemności należała, ale mimo to jakiż ja był wonczas i zdrów i wesoły i szczęśliwy.

Jako fryc musiałem myśleć o opale i moją to powinnością było drzewa urąbać, tratew spinać śrykówkami, posługiwać przednikowi i starym orylom, a nawet i żona p. przednika – czyli: „żarna” miała nieraz dla mnie zajęcie. Co siódmą noc musiałem być na stróży, a wtedy calutką noc spać nic nie wolno, a musisz ciągle dawać znak innym stróżom, że czuwasz. Co chwila bowiem wołają: „hukaj, hukaj!” A ty musisz im to samo odhukać. Pobudka ta bardzo mi przypomniała owe wołania Kozaków zaporoskich: „Pugu, pugu”, o których czytamy w Sienkiewiczu.

Mimo pewnych niedogodności, a głównie mimo zupełnie nędznej zapłaty za swą pracę, oryl czuje się wesoły, a co ich w ambit wprawia, to ta myśl, że żaden cesarz ani król nie ma do nich prawa, bo lubo to nagie
i głodne, to są ludzie wolne – „książęta wodne”.

Słuchają tylko retmana, a zresztą nikt nie ma im nic do rozkazania.

Choć to wierutna przechwałka, bo nie tylko retman albo przednik, ale
i szyper zwykle  żyd, wciąż im nad głową świergoli: to żeby drzewo obmyć
z mułu – to żeby ładugę t. j.  drzewo na wierzchu, tratwy leżące – przewrócić do góry numerem – czyli: „ryśpackiem” i t. p.

Które chłopy potulne, to ci haruje, czy trzeba czy nie, i z takimi szkoda iść pod trzeciego króla.

Miałem takich i przekonałem się, że historja o pokornem cielęciu na flisie nie popłaca:

A n. p. chłopy od Siedliszowic, rubaszne co prawda, i za kołnierz wylać nie wyleją, ale ten lud swą otwartością zawdy mi imponował, flis z nim był przyjemny, i umiał się obronić, ktoby tylko mu chciał krzywdę zrobić.

Gdy n. p. w niedzielę retman nie chciał stać na święto 3-4 godzin, to te chłopy ani wyszły z budy, i darmo retman wołał do ochrypnięcia „dobywaj”.

Od Kazimierza  do Puław jest droga wysadzona topolami włoskiemi – drzewem najniepożyteczniejszem. Frycowi każą je liczyć. Naliczyłem ich coś 210. Pod Puławami stanęliśmy na święto i z przyjemnością   wyszedłem na „ląda”.

Na romantycznem wzgórzu usiadła ta siedziba niegdyś Tenczyńskich, Lubomirskich, ostatecznie   Czartoryskich, i zdala już widać, że to coś niezwykłego.

Moskale Puławy przechrzcili Nową Aleksandrją, ale lud prosty, a flis  osobliwie, dopóki Wisła płynie, zwać będzie tę śliczną siedzibę Puławami. Ńad małą, ale jakże wspaniałą świątyńką widnieje napis:

„Pomny na wiarę i cnoty ukochanej Matki swojej Marji z Sieniawskich księżny Czartoryskiej. W. R. Adam Kazimierz poświęca Wniebowziętej Boga Rodzicy”.

Jest to dawny pałacowy kościół, mający chór i galerję w koło, na której wewnątrz się do 300 ludzi pomieści.

Pusto tu było i cichuchno, mimo święta, kilku sołdatów, zapewne Polaków, szeptało paciorki. Stara ta rezydencja Sieniawskich miała tu niegdyś zamek na górze, ale go spalił król Szwedów, Karol XII, za to, że Sieniawski popierał Sasa Augusta II., a nie Leszczyńskiego.

A widzi Bóg święty, że nie było o co głowy łamać, bo Sasi do Polski przynieśli tylko zgorszenie, tylko pijaństwo i różne nieznane w Polsce rozpusty, i odtąd się upadek kraju zaczyna.

August II. waśnił tylko magnatów naszych ze sobą, wdał się lekkomyślnie w wojnę, która stała się utrapieniem i zniszczeniem kraju, a osobliwie klasy rolniczej. Co zaś tylko miało jakąś wartość wywozili do Saksonii,
a tą drogą poszły tam miljony, które dopiero obecnie nasz wieśniak polski stamtąd potrosze przywozi – zdobiąc galicyjską biedę.

Żona ks. Adama Czartoryskiego Izabella z Flemingów zrobiła z Puław małe Ateny, których świetność, krótko jednak trwała. W r. 1800 wzniosła między innymi gmach zwany „świątynią Sybilli”, gdzie zgromadziła niesłychaną ilość polskich, szacownych pamiątek. Na froncie wyryto krótki, ale jakże treściwy napis: „Przeszłość – przyszłości”.

Widziałeś tam zbroje starodawne, tarcze i miecze różnych sławnych ludzi, sztandary, buńczuki, pamiątki po Witołdzie, (który więcej by się nam był na króla przydał, niż Jagiełło, brat jego po Koperniku, po Żółkiewskim i wiele innych.

Nawet z grobów zabierano nieboszczykom, co uważano za wskazane, byle powiększyć muzeum, które chyba było na on czas jedyne i najpiękniejsze w Polsce.

Niestety nadszedł rok 1831, przyjaźnie carów dawno się skończyły, muzeum rozdrapali Moskale, a ledwie nieco zdołano uratować, i z tego powstało dzisiejsze muzeum Czartoryskich.

Same Puławy w r. 1831 bombardował wnuk X. Czartoryskiego książe Wirtembergski Wittgenstein, za którym była córka Marja.

Można sobie wyobrazić boleść i matki i dziadków, jak się im „wnuczuś”-udał, ale to słuszna kara była, bo czyż w Polsce nie było kawalera Polaka, godnego ręki księżniczki Czartoryskiej, a z nią i pięknej fortuny ?

To już nasza wada była, żeśmy nie mogli znaleźć  między sobą w Polsce ani człeka na króla, ani kobiety Polki za żonę dla niego, tylko tylkośmy szukali, to po Francjach, to po Wiedniach i Dreźnie, a jak Zygmunt pojął poddankę Radziwiłłównę, co to szlachta nie cudowała? Tutaj to napisana była historja polska pod tytułem: .„Pielgrzym z Dobromila”. Tu mieszkał Niemcewicz
i napisał śliczną powieść: „Jan z Tenczyna”, tu przebywał i Karpiński, którego pieśni „Kiedy ranne” „Wszystkie nasze”, „Bóg się rodzi”, „Nie zna śmierci” i td. lud polski śpiewa po kościołach, a którego pamiętniki nie zatarte wrażenie na mym umyśle zrobiły.            –

Bo to pisał to prostu prawdę i nawet się przyznał, jeśli którą kobietę pocałował, a z ludem wiejskim był w nadzwyczajnie serdecznych stosunkach.

Mieszkał tu i Kniaźnin, który napisał ładną odę do wąsów, która się zaczyna od słów: „Ozdobo twarzy, wąsy pokrętne”. Dziś by się znów taka oda do wąsów przydała, bo dziś biedne wąsy polskie są znowu, jak za czasów Kniaźnina w niebezpieczeństwie.

Wtedy to, idąc  za przykładem Francuzów golili Polacy swe sławne wąsy, które sią tak Niemkom u Sobieskiego podobały. A Francuzi tak wąsów nie znali, że jedna z dam, która później została żoną Władysława IV ujrzawszy wąsy na jego portrecie, pytała się, co znaczą te „korkociągi” pod nosem u niego.

Dziś jest u nas pełno oburzenia na Wilhelma pruskiego, i ludziska krzyczą nie głupio: precz z hakatą, ale przejdź się po mieście, a większość tych patrjotników, nosi Wilhelma pruskiego pod samym nosem, bo kręci biedne kołtuny do góry, które ni jak nie chcą mu wejść do dziurek nosowych, ale chcą stać po staremu, pokrętnie.

Ponoś pruski król trochę sprostował swe wąsy, na prośbę królowej, sądzę, że te eleganty polskie z pruskimi wąsami zarzucą to paskudztwo. Przecież mają żony i kochanki – patrjotyczne, które chyba tym Prusakom dadzą radę.

Dziś w Puławach pustki. Załoga olbrzymia stoi gotowa na gnębienie słabych, a w salonach książęcych założono w r. 1869 instytut gospodarstwa wiejskiego i leśnictwa.

Płynąc spokojną Wisełką mijaliśmy silną fortecę, zwaną dawniej Demblin, a dziś „Iwangorod”, gdy przednik zawołał z nagła na mnie. „Ty, frycu, weźno sprysę (żerdź) i zmierzaj wodę na jałowym rogu”.

Dyrdakiem poskoczyłem po żerdź okutą, a gdym ją zagłębił w nurtach wody przednik, jego żona (żarna), jako też i inni oryle narobili niby kwiku świńskiego sporo; wołając: przebił Wieprza, przebił Wieprza ! Wtedym się dopiero połapał, iż mię wystawiono na śmiech, znany orylom od wieków, gdyż tu właśnie rzeka Wieprz wpada do Wisły.

Ludność tutejsza wydawała mi sią dość sympatyczna, a sposób niektórych wysłowień jej jest oryginalny, np. „pojdzieta waju do miasta, gdzie kupujeta, gdzie idzieta, gdzieś ta były, co gotujeta i tp”.

Minąwszy ujście Pilicy, przypłynęliśmy pod ruiny Czerska, które w okazałej jeszcze postaci drzemią spokojnie, dumając chyba o minionej świetnej przeszłości. Ruiny wabią oryla, ale tu na ląda wyjść mi nie dali. A chciało by
sią zobaczyć to starożytne miasto Chrobrego, a zwłaszcza ruiny zamku.

Gdy Warszawa wzrastała, wynosiła się ludność zamożniejsza za magnatami tamoż, a gdy Konrad książe Mazowiecki, przeniósł jeszcze w r. 1406 i biskupstwo do Warszawy Czersk stał się samotnym. Bona, królowa, przebywała tu często, i założyła winnice i ogrody. W r. 1564, starostą tego zamku był Paris.

Po bitwie pod Warką Szwedzi spalili Czersk, który się już nie podźwignął. Patrząc na ruiny zamku tego przypomniałem sobie miły wierszyk kochanego lirnika Lenartowicza do Wisły: „Na dnie twojem co nie leży, krom czerwonej Czerskiej wieży, w całych zbrojach leżą Szwedy – potopione Bóg wie kiedy, Wisło moja Wisło”!…

Pewnikiem, że leży różnego gatunku ludzi w głębi piasków Wisły – bo też tysiące ona cudzoziemców widziała, tysiące piły jej wodę, poiły swe konie, a to wszystko przyszło Bóg nie wie skąd, tylko po mord i rabunek. A dziś z żalem tylko możemy niestety powiedzieć z Karpińskim: „Wisło, nie Polak z ciebie wodę pije, jego się nawet zacierają ślady”.

Nieco niżej widać Górę Kalwarję, którą ks. biskup Krasicki przezwał miastem „wielkopiątkowem”.

Kalwaryjskie kapliczki pobudował tu w r. 1670 biskup Stefan Wierzbowski, który tu ma napis na grobie: „Boże, któryś łotrowi z Tobą wiszącemu odpuścił, i mnie odpuść tu pogrzebionemu”.

Wspomniany biskup Krasicki, znany z przepysznego humoru a dowcipu, tak to miasto opisał:

Spostrzegłem coś na kształt miasta,

Domki szczupłe, tych niewiele,

A zaś kościół, przy kościele.

Zamiast miejsca, gdzie gospoda,

Dom Piłata, dom Heroda;

Kaifaszowe piwniczki

Porozrzucane kapliczki,

Miejsce Piotrowej ucieczki

Most przez Cedron, a bez rzeczki

Zgoła wszystko nie zamożnie

Pusto, głodno, lecz pobożnie.

Rozwalone przez połowę,

O miasto wielkopiątkowe!…

Od góry Kalwarji żegluga wlokła się leniwo, wiatr gnał nas na haki,
i na świnię, a mamkę (mgłę) mieliśmy z rana dość długo. A „mamki i „stryjaszka” wiatru, flis pragnie niby dusznego zbawienia, i dość było takich leniuchów, co na wylęgę szli na orylkę. Boć i przysłowie powiada: „nie ma jak na flisie naje się, wyspi się, a nie narobi się”. Kto ma książkę „modlącą” to czyta, jedni wtedy grają w karty, inni śpią aż im ślepia od spania popuchły, a inni słuchają ciekawych hrystoryj” i tak i ten czas upływa.

Orylom spieszno było na ląda do „Warsiawy” po żywobycie, ale, że łunę miejską  już trzeci dzień widać, mimo, że strzały armatnie dawno słychać, to dobić się do niej nie sposób.

A tu „wodne książęta” mają rozliczne potrzeby. Jeden co wieczór na  oczy zaniewidział, czyli ma „kurzą ślepotę” potrzebaby duchem wątroby, kiedy  zje ze 3 kila, to może „pamłoka” z oka mu i zejdzie. Teraz mu bieda
w wieczór bo byle gdzie wpadnie mu noga w „gratynę”13 i gotów ją ułomać.

Drugiemu już od 3 dni brakło ozdoby (omasty), temu octu na barszcz, temu chleba, a ten już od 2 dni „machorki”14 ani wąchał. Starszyzna zaś ciągnie do Warszawy raźno, bo tu ich szyper weneruje, czyli gości, nie lada, a drugie tu się spodziewają listów od swych żon i rodzin.

Nareszcie dobiliśmy do Warszawy. Na tratwach zrobił się ruch niezwykły. Szyper gładził brodę i pejsy już od rana, starszyzna ubierała się do nowych trzewików, a i biedne oryle bielsze koszuliny wdziali na się. Zjechała komisja, by zbadać tratwy i ludzi, czy nie są chorzy i niby czy nie mają jakich żalów do szypra.

Przyjechał kudłaty jakiś urzędnik a z nim czterech sołdatów, przejrzeli paszporty, naładowali w dużą krypę szryków co wlazła i na tem się rewizja komory skończyła. Ruch pod Warszawą na Wiśle jest już nie mały. Widzisz całe stada berlinek, które ciągną jedna za drugą niby stado łabędzi,
z rozdętemi żaglami, tu znowu krótkie krypy zwane kogutami, to statki parowe prują szparko bystry prąd, a co już tratew, to nie do zliczenia.
I aż ci ciasno na wspaniale rozlanej tutaj Wisełce. To już nie Wisełka, ale Wisła całą gębą.

Wybrałem ci się i ja poraz pierwszy, z biciem serca do kochanej Warszawy, która z lichej wioski urosła na stolicę kraju.

Czytelniku miły, alboś był w Warszawie kiedy, alboś jej w życiu nie widział. Jeżeliś nie był, to cię pięknie przepraszam za zawód, bo ci nie będę umiał tak opisać dzisiejszej Warszawy, i jej minionych dziejów, jakbyś wartał i chciał. A dzieje tego grodu są i wspaniałe i wesołe, ale są i bardzo smutne, że płakać się chce z boleści, co to miasto ucierpiało i dotąd cierpi.

Te parę słów moich o Warszawie niech ci będą zachętą, byś bodaj raz
w życiu zwiedził to piękne acz nieszczęśliwe miasto, a nie pożałujesz tego.

Miasto zastałem ubrane we flagi, jako, że wojska moskiewskie, wracały z wojny czy z niewoli tureckiej.

Myślę, że niewola turecka, niebyłaby nam gorszą od moskiewskiej, choć jak dziś, gdy to piszę, łotrowstwo pruskie bardziej daje się nam we znaki.

Stanąwszy przed zamkiem, spotkałem życzliwego rodaka, który wdawszy się ze mną w rozmowę zrobił mi to, że mi ułatwił zwiedzenie zamku, na co potrzebna jest karta wstępu.

Trzeba przyznać, że Moskale, lubo zdobyli Warszawę mieczem, lepiej poszanowali siedzibę monarchów polskich, niż austrjacy Wawel, lubo Galicję i Kraków bez jednego wystrzału zabrali.

Orzeł polski widnieje tu i ówdzie na murach zamkowych i czeka biedaczysko na lepsze czasy. Czy się doczeka?

W zamku jest jeszcze sporo sprzętów po królach polskich, a tu, gdzie stał tron królewski jest portret cara Mikołaja i jego żony.

Tron po Poniatowskim zabrała mściwa Katarzyna do Petersburga,
i aby wzgardę dawnemu kochankowi pokazać, kazała zrobić zeń stolec do swego wychodka.

Swoją drogą, Pan Bóg rozpustnicę ukarał, bo na tym stolcu znaleziono ją bez życia w pozycji nie przystojnej, i lubo brzuch się jej długo jeszcze ruszał, to do życia nie wróciła.

Mają za co malować ją Moskale na swych monetach i zwać ją Wielką, ale dla nas jest ona tylko straszną grabarką.

Na sufitach są malowidła, wykonane za króla Poniatowskiego, doskonale zachowane. Powiadają, że żona Hurki dużo mebli i obrazów stąd zabrała, a któż by jej wreszcie tego mógł zabronić.

W jednej sali wiszą portrety rosyjskich namiestników w Polsce, a każdy nic dobrego dla nas nie przypomina.

Stróż w zamku, starowina – powoli przyznał się sam po cichu, że jest
Polakiem, ale ostatnim, i tylko cudem go tutaj zatrzymano. Podziękowawszy zacnemu rodakowi za ułatwienie mi zwiedzenia tej drogiej pamiątki poszedłem pod kolumnę Zygmunta III. Kolumna ta, wykuta z chęcińskiego kamienia mierzy 36 stóp, a na szczycie syn Władysław IV. umieścił swego ojca Zygmunta III który lubo prawie 50 lat w Polsce panował, nie może się zaliczać do najlepszych monarchów.

Jego polityka wydała później gorzkie owoce narodowi polskiemu a lubo wtedy Polska wydawała się wielką, potężną, to tacy jasnowidze, jak ks. Skarga i inni, widzieli już wtedy te rysy, które później rzeczywiście były powodem upadku całego narodu.

Nie dawno odnowiono kolumnę, a król stoi z krzyżem i mieczem
i patrzy na miasto… Miałby dużo do widzenia, gdyby rzeczywiście dziś zmartwych ożył, i przekonałby, się że sam krzyż nie obronił Polski od zagłady, że szyzmatycy swym sprytem a zgodą – wzięli nas w pazury sromotnie. A duchowieństwo polskie, które nie chciało dopuścić w senacie biskupów dyzunickich jakże dziś jest upokarzane przez szyzmę. Pomnik na Saskim placu mają ci jenerałowie polscy, którzy nie chcieli w r: 1830 należeć do rewolucji, toć właśni rodacy położyli ich jako zdrajców trupem.

Car ich uczcił pomnikiem, na którym są wypisane ich nazwiska i napis: „Polakom w dniu 17. 29 listopada 1831, poległym za wierność swemu monarsze.” Dziś ten pomnik przeniesiono gdzieindziej, a na placu saskim zbudowano kościół szyzmatycki.

Z bólem serca oglądnąłem pomnik Paskiewicza, który w r. 1831 zadał ostatni cios powstaniu. Miał go za co car uczcić pięknie zresztą wykonanym pomnikiem, bo był mu wierny i sprawny „jak knut w rąku kata” i nie tylko Polskę, ale później i zbuntowane Węgry rzucił pod nogi Mikołajowi, ale co sobie Polak myśli, widząc pomnik wroga w swem kochanem mieście!

A na nieszczęście sąśmy już tak bezwstydni, że gdy pomnik carycy Kasi budują w Wilnie, to gromadami nasi przodownicy na poświęcenie tegoż idą – to smutne…

Spotkałem pomnik ojca Kopernika siedzącego z globem jako znakiem astronomicznej umiejętności, która go zrobiła nieśmiertelnym. Dziwić się wypada, że tyle wieków księgi jego były na indeksie i dziś dopiero kościół pogodził się nareszcie z jego nauką.

W kościele św. Krzyża naszedłem miejsce, gdzie złożono serce największego muzyka polskiego Szopena, którego muzyka – aż do głębi przenika – nawet prostaka.

W murze są drzwiczki do muru wśrubowane, a na nich napis: „Tu leży serce Fryderyka Chopina”. U szczytu cytra i popiersie zmarłego, a obok cytat z pisma św.: „Gdzie jest skarb twój, tam jest i serce twoje”.

Pod wieczór wszedłem i do katedry starodawnej. Na wstępie wpada
w oczy przychodnia portret biskupa Poniatowskiego – brata królewskiego, mozajkową śliczną robotą wykonany. Ten książe kościoła musiał natychmiast umrzeć, bo listy jego pisane do wroga ojczyzny jawnie wykazały jego zdradę, i musiałby dyndać bez pardonu. Piszą, że mu król brat przysłał truciznę w tabakierce.

Świątynia wewnątrz prześlicznie sią przedstawia, a czyż mam pisać, co serce polskie tutaj czuje? Nie mówić o czasach dawnych, ale choćby przypomnieć przysięgę Poniatowskiego na konstytucję r: 1791; albo koronacje carów i ich także fałszywe przysięgi.

Herby Polski i Litwy, obok orłów rosyjskich, oto ozdoba presbiterjum; szczęście, że mrok w kościele nie da tego tak dobrze widzieć…

Miłe wrażenie odnosi się przy pomniku Małachowskiego, marszałka Sejmu czteroletniego, który sprawiedliwie sobie na nazwę „przyjaciela ludu” zasłużył u narodu.

Wyszedłszy z kościoła, spotkałem niebawem gromadę tak zwanych „magierów”15, a między nimi jakiegoś oberwusa, który mię zaczepił, mó-wiąc: A skądeś ty – Z Galicji, odparłem. – A, to wyście psiekrwie rzeźniki, coście panów rżnęli? – Zabierałem się do odpowiedzi, ale jeden z kolegów przerwał mi odpowiedź, mówiąc: „Chodź, cobyś się z pijakiem wdawał, to jest psia niema twarz zimówka’’16.

Pokazywano mi i ów skromny domek na Dunaju, w którym mieszkał zacny mąż, prawdziwy rzemieślnik, obywatel, szewc, Jan Kiliński.

Chluba mieszczaństwa polskiego dziś może świecić jeszcze nie tylko zacofanemu mieszczaństwu, zwłaszcza po mniejszych miastach, ale
i największym w narodzie.

Oj, przeszła ci ta kochana Warszawa koleje nielada.

Szwedzi nabroili tu niemało w r. 1655 i 56. Uwadził o nią w r. 1657
i książę Rakoczy, a co już tu Moskale wyrabiali, ile tu legło ludu niewinnego – to się dowiemy chyba na bożym sądzie.

Nawet właśni synowie jej nie borgowali.

„Kiedy w samą niedzielę Zielonych Świątek, przypadkowo okropny pożar trzecią część prawie ówczesnej Warszawy zniszczył, szlachta ze-brana w liczbie 90.000 na elekcję króla Michała, rzuciła się do rabunku
i wszystko złupiła. Nie masz rodzaju zbrodni, którejby w tym nędznym stanie miasta nie spełniono. Jak gdyby po wzięciu szturmem, widzieć się dawały na ulicach roty łupieżców, potykających się o szczątki uratowanego majątku.

Dzień ukazał sprawców i szkody obywateli.

Stany jednak zgromadzone, ani kaptur generalny, żadnej sprawiedliwości na skargi wniesione nie wymierzyły i owszem milczeniem zdawały się uprawniać postępki szlachty17.”

Dziwić się wypada, jak czas wszystko pięknie umie goić. Na tyle burz, tyle wojen, tak wspaniaie przedstawia się Warszawa.

Lud dorodny a szykowny może swą inteligencją imponować wielu stolicom, a jego gościnność weszła w przysłowie.

O, zaprawdę śliczna jest Warszawa, możemy się nią pochlubić śmiało, jeno te moskaluszki że ją tak zaśmiecili… Ale Bóg wielki, a fortuna bywa zmienną, jak mówił królowi szwedzkiemu kanonik Starowolski…

Retman i starszyzna powracała z miasta późno w noc, pod dobrą datą, a i oryle mieli weselsze miny.

Na drugi dzień dla stryjaszka. który sobie nie źle dmuchał, staliśmy cały dzień, z czego korzystając, poszedłem na Pragę.

Srogi Suwarów zadał srogi cios Pradze i straszny to był obraz biednego przedmieścia.

Prusak Nufer, świadek naoczny, tak  pisze o tem:

„Widok Pragi po rzezi był okropny. Do 18 tysięcy ludzi, płci obojga, starcy i niemowląta u piersi matek pomordowane leżały na kupie: krwią zbroczone i obnażone ciała żołnierzy, połamane wozy, pozabijane konie, psy, koty, nawet świnie. Całe miasto Praga stało w płomieniach i dymie”.
A łotr Suwarów pozwolił na to i nie zabolało go serce na widok tylu niewinnych ludzi, a tylko ujrzawszy jedyka rannego – ulitował się jego boleści, i kazał go leczyć.

Co za serce, co za człowiek?

Gdy Pragę wyrżnął, wiedział, że Warszawa prawie już jego, toć wysłał do carowej taki list: „Hurra! Warszawa zdobyta !” Kasię to ucieszyło, zaraz go mianowała marszałkiem polnym i odpisała satrapie tylko dwa słowa: ,,Hurra! Feldmarszałku !18.

Dziś Praga wspaniale odbudowana, wydaje się spokojna na oko, ale czyż serce polskie może o tej rzezi strasznej w r. 1794 zapomnieć?

Pobojowisko Grochowa – jest już zabudowane po same mogiły Moskali, na których widnieją pyszne kolumny, okolone sztachetami, a nasi rycerze ani krzyża nie mają.

Cisza tutaj i pustka, a Olszynka wycięta, jedna kolumna żelazna zbudowana w r. 1823 na pamiątkę budowy szosy – stoi w swem miejscu. Ona widziała w r. 1831 cuda waleczności polskiego żołnierza. Na tę to kolumnę wtedy wódz rosyjski

„Wskazał swoim palcem,

Nazwał Polaka w gniewie warjatem, zuchwalcem.

I gdy trąby zawrzały, już szeregi tłumne

W mgnieniu oka z  stron wszystkich pędzą na kolumnę”.

Ucałowawszy tę św. ziemię, którą żołnierz polski tak swą krwią obficie tu skropił, udałem się ku Woli, gdzie na jej błoniach Polak póty królów wybierał, aż póki nie zginął, a której szańców tak dzielnie bronił kulawy polski jenerał Sowiński.

Nie dano mu pomocy i tu przy ołtarzu poległ śmiercią walecznych, śmiercią godną Leonidasa, greckiego bohatera.

Kapliczka, która była świadkiem jego męstwa, została przerobiona na cerkiew moskiewską, a ściany jej wewnątrz ozdobiono podobiznami armat, obok których wypisano historję tego boju, naturalnie w duchu moskiewskim. – Świecznik przed ołtarzem zrobiony jest z kul i pałaszy, a zewnętrzne ściany ubrano kulami współczesnemi, które obsiadły mury niby roje os, świadcząc, jak tu było gorąco.

Szańce są dotąd w dobrym stanie i gdy stąpasz po nich, stąpajże powoli i ze czcią, bo ten kawałek ziemi napił się krwi polskiej, serdecznej co nie miara. Niestety na darmo…

Nasi wodzowie nie słuchali się, było dużo mądrych, a jednego głupszego by wystarczyło, którego gdyby słuchali a nie żartowali, jeno bili moskali, nie politykowali, ale darowali pańskie chłopom, toby dziś prusak i moskal tak nie bziuczał.

I pod Grochowem żeby Tomasz Łubieński usłuchał komendy i tak uderzył z jazdą na moskali, jak Ludwik Kicki w ostatniej godzinie pamiętnej bitwy, toby armaty rosjanom nasi zabrali, i byłoby po wojnie.

Ale widać, że jeszcze godzina wolności dla Polski nie wybiła. Prośmy Boga aby te błędy, które miała szlachta – że się kupy nie trzymała, że była mocna pyskiem tu, gdzie trzeba było innej broni – nas się nie trzymały, inaczej i my figi dokażem.

W okopach chowają zmarłych moskali znakomitszych i jest tu dosyć pomników ich generałów i t. p. W ziemi wykopują wiele kul armatnich, bo ich też tu moskale godnie wsuli, zanim zdobyli redutę.

Gdzie pochowani nasi bracia, polegli wtedy, nie umiem powiedzieć, myślę, że tuż spoczywają. O, śpijcie zacni obrońcy w tej św. ziemi, której
z taką odwagą do śmierci zaszczytnej broniliście – może Bóg dobry da, że przecież nasza krew i trudy na marne nie pójdą, ale zrodzą mścicieli!…

Smutny wracałem z Woli do budy na tratwę, i dopiero głos przednika „Wybijaj!” wyrwał mię z zadumy.

Puszczaliśmy tratwy popod most. Aby nie uderzyć o filar mostu co jest i niebezpieczne i pod karą zakazane, dodano nam ludzi z kotwicami, coś niby morskich pilotów, którzy tratwy „kotami”, jak oryl zowie, naprowadzali w izbicę prosto. Flisi powiadali: „boi się szyper świni, musiał jej puścić kota!”

Nie wesołe wrażenie zrobiła na mnie i cytadela górująca nad Wisłą
i miastem, w środku której mieści się pomnik Aleksandra I. z rosyjskim napisem: „Aleksandru Pierwomu, Imperatoru Wsierossijskomu, Pokoritielu i Błagoditielu Polszczi, wozdwignut po okonczani Warszawskoj Citadeli 19. Nojabrja 1835”. Czyli po naszemu: Aleksandrowi I, cesarzowi wszech Rosji, Zwycięzcy i Dobroczyńcy Polski, wzniesiony po ukończeniu Cytadeli Warszawskiej dnia 19. listopada 1835.

Dobroczyńca nie lada, pięknie nas dobrodziejstwami obdarzył, nie ma co mówić…

Ileż tu ludzi najuczciwszych nie zadławiono, ile na stokach cytadeli nie legło pod kulami wroga naszych najlepszych dzieci, któż to może dziś policzyć. I „do dziś dnia tracą tutaj winnych i niewinnych, a jakież męki cierpieli i cierpią w kazamatach tej warowni ludzie – niewinni!

Prawdą to jest, że czas najlepszy doktor, wszystkie rany zabliźni, ale jakiegożby zadosyć-uczynienia trzeba ze strony Moskali, abyśmy im ich rzezie i mordy mogli zapomnieć?

Tuż za cytadelą niedaleczko ujrzałem Bielany, które są ledwo nazwą podobne do Bielan krakowskich.

Ale warszawskie Bielany, dla mnie przynajmniej, tę wyższość od krakowskich mają, że tuż przy klasztorze spoczywa – zdaniem mojem – jeden z największych przyjaciól ludu i w ogóle polityk najmądrzejszy, jakiego Polska miała kiedybądź. To ks. Ojciec Staszyc.

On to pisał samolubnej a rozbrykanej szlachcie:

„Ratuj się szlachto, nie potrzeba, abyś traciła twoje swobody i wolności, ale potrzeba, abyś twoje prawa upowszechniła. abyś powiększyła liczbę obywateli swobodnych i wolnych. Nie uratujesz sią konstytucją cząstkową – czyli, że tak rzekę, połataną. Jest to (dziś) epoka, gdzie Polska zupełnej odmianie podpaść winna”.

On to widząc, do czego panowie już wtedy kraj doprowadzili, bez osłonek ciął im niesłychanie śmiało prawdą w oczy. Oto co im pisał:

Kto na Sejmikach uczy obywatela zdrady, podstępów, podłości, gwałtu; kto niewinną szlachtę najpoczciwiej i najszczerzej swojej ojczyźnie życzącą oszukuje, przekupuje i rozpija ? Panowie. Kto rwał Sejmy? Panowie. Kto sądowe magistratury zamienił w targowisko niesprawiedliwości, albo
w plac pijaństwa, przekupstwa i przemocy? Panowie. Kto koronę przedawał? Panowie. Kto koronę kupował? Panowie. Kto wojska obce do Polski wprowadził? Panowie. Kto przedawał Polaków? Panowie.

Nie ten był pewien sprawiedliwości, kto kładł przed sędzią prawo, ale kto oddawał listy pańskie… Duchowni w swoich naukach, zakonnicy po ambonach, na każdą uroczystość, smażyli się w pochwałach tych, którzy największe niecnoty, krzywdy i zbrodnie popełniali…

Żaden z panów nie ruszył  się z ofiarą swego majątku i  życia na obronę ginącej Rzeczypospolitej… i owszem mówili: Niech się dzieje z krajem co chce, ja to wiem, iż zawsze w mojej wsi wójtem będę…

Ale nad rozbiór kraju gorsze złe panowie wyrządzili Polakom : zatracili narodowy charakter19”.

Czytając dziś takie słowa, powiedziałby ktoś, że to pisze skrajny socjalista albo gnębiony niewinnie ludowiec, a to pisał ksiądz – minister polski później i to przed 118 laty. Jakiej na to potrzeba było odwagi cywilnej, aby to napisać, to sobie nawet trudno przedstawić.

On to radził, aby królowi obciąć pensję,  aby nie miał czem panów przekupywać, on powiedział, że prócz plebana i biskupa, każdy inny duchowny nie potrzebny, a tem samem szkodliwy, bo tylko z cudzej pracy je i pije. On doradzał, aby żydom zabronione było wódką szynkować i t.d.

Taki to mąż leży tutaj, polski orylu, przy Bielanach. Lubo bogaty, żył prostym chlebem i serem, a lubo był ministrem, to po śmierci nakazał, aby mu świec tylko parę przy trumnie postawić, które dziady szpitalne do prostego grobu zanieśli. Za to jednak kupił wielkie dobra Hrubieszowskie  i podarował chłopom na wieczne czasy.

Prosty, skromny kamień leży na mogile wielkiego męża, ale sława jego trwać będzie w dalekie wieki, bo to był prorok wielki i obrońca uciśnionych.

Pod Modlinem, który Moskale przezwali Nowogieorgiewskiem, staliśmy na noc. Wisła stała się jeszcze większą, bo przyszły jej w pomoc Bug i Narew, których wody czynią Modlin twierdzą silną.

Wymiarkował doniosłość tego klina Karol Gustaw, a Napoleon kazał tu w r. 1807 tę fortecę założyć. Czy wobec nowych wynalazków wojennych ma ona jakie znaczenie, nie wiem.

Z Buga płynęły ogromne kłody dębowe, a tamtejsi oryle – „Rusnakami” przez oryli naszych zwani – różnią się już dużo od naszych.

Są to bracia unici, którzy straszny ucisk cierpieli za wiarę. Na ich twarzach widać boleść, na ich sukniach ubóstwo, a na pytania trudno z nich wydobyć odpowiedź. Byli od Włodawy i Pratulina.

Koło Czerwieńska  woda niesie mocno ku lądowi na młyny wodne,   które tu  klekoczą od Bóg wie jak dawna, bo już w r. 1595 Klonowicz płynący tu Wisłą do Gdańska o nich pisał:

„Tu bzdzielów20 ujrzysz długą procesyją,

Co się na blechu ze wszystkich stanowiją.

Usłyszysz młyńskich   (a chcież mnie już na nie Kół narzekanie.

Nowy sterniku, wara tego bzdziela,

Roztrąciszli go, będzie krotofila,

Musisz trzy kopy do młynarza stracić

Młyn mu zapłacić”

Mijając piękne Tokary, pokazują oryle w środku Wisły ogromny głaz – niby ołtarz ofiarny, który łeb niebezpieczny z wody wychyla. Według powieści oryli, ma to być łódka skamieniała a na niej mężczyzna i kobieta, którzy jadąc tu niegdyś – zabrali się do niecnej roboty – i „Pan Jezus ich w kamień zamienił”.

Nareszcie na „wspaniale wyniosłym brzegu zamajaczyły wieżyce świątyń prastarego Płocka, które zdaleka już flis podziwia i cuduje, mówiąc: „Płocko, na górze wysocko, ale dybać do niego dalecko”.

Stanąwszy przy moście łyżwowym zrana, rąbałem drzewo i jakoś tak mi się zdarzyło, żem utopił siekierę przednika, która „gratyną” poszła na dno Wisły, tutaj dość głębokiej. Przednik zażądał odemnie za nią 2 rubli, co było dla mnie wtedy sumą wielką, za którą cały tydzień musiałem niby wół robić.

Zmierzyłem tedy sprysą wodę i po niej spuściłem się w głąb pod tratwę parę razy i przecież ją dobyłem.

Po tej przygodzie poszedłem do miasta by się pocieszyć. Mój wygląd był bardzo mizerny. Stara, podarta, ale droga, bo po ojcu sukmana, i stary słomiany kapelusz, nie bardzo zdobiły wątłą chłopczynę, który z wielką skwapliwością kroczył w śliczną świątynię tamtejszą.

Odczytująć tamtejsze tablice pamiątkowe zwróciłem uwagę dwóch panów jakichś, którzy mi pokazali między innemi i grobowiec króla Hermana i syna jego, Bolesława Krzywoustego. Sarkofag ten zbudowano tu
w r. 1825. Płytę marmurową unoszą orły polskie, a na płycie leży pałasz, berło i korona. Biskup Prażmowski zjechawszy do Płocka w lipcu 1825 r. polecił szukać zwłok królewskich i dnia 22 lipca odkryto pieczarę sklepioną w samym środku wejścia do chóru większego. W tej, po odkopaniu ziemi na półtora łokcia, spostrzeżono trumnę, a raczej skrzynię obszerną z drzewa, po części zbutwiałego, w której biskup Noskowski w połowie 16 wieku kości Piastów zebrał i złożył.

Po usunięciu ziemi, wydobyto z tej skrzyni 5 głów, kości pomniejszych do 30 sztuk; na jednej głowie były jeszcze szczątki włosów, na drugiej strój do czepka podobny, galonkiem srebrnym i plecionką drobną, jedwabną obwiedziony. Z nadzwyczaj długich kości rąk i nóg widać, iż to byli ludzie rośli. Wszystko złożono w nową dębową trumnę, i pochowano wraz
z opisem na pergaminie, w naczyniu szklanem zawartem („Przyjaciel ludu 1837. r. Leszno Nr. 5). Na obejrzenie skarbca i innych osobliwości, czasu mi nie stało.

Po Kazimierzu, widok Płocka najwspanialej się przedstawia i warto bodaj raz w życiu stanąć tutaj i popatrzyć na uroczą okolicę. Srebrna wstęga Wisły wije się prześlicznie, a mnóstwo tratew- berlinek i różnego drobiazgu uwija się tam i sam po niej. Dym z ognisk oryli unosi się prosto w górę niby ofiary Abla, a woda jeno ciurczy pod tratwami – robiąc dużo bieluchnej piany, którą oryl zwie mąką. Gdy który wpadnie do niej i zmacza się to oryle kpią zeń i mówią że „wpadł w mąkę”.

A cóż to tam za kłopoty widać na „śtymborku”pytałem przednika, już na mnie łaskawszego. To „Brocłowek”, odparł zapytany, który tyle tylko wiedział o Włocławku. Miasto to założył Władysław II i od niego miasto ma nazwę Włodsławek, dziś mówią Włocławek a że Maciek polski musi wszystko nieco przekręcić, toć mówi „Brocłowek”.

Katedrę z Kruszwicy, tu przeniesioną spalili w r. 1340 Krzyżacy,
a Wielki mistrz zakazał pod utratą życia, by nie ważył się nikt dźwigać jej z gruzów.

Kaplic naliczyłem tu ze 6, a pod tęczą stoi bardzo udatnie wypracowany Chrystus na krzyżu.

Pałac biskupi wspaniały stoi nad Wisłą, a seminarjum tutejsze zaliczają do najstarszych w Polsce.

Niedaleko od Włocławka widać Kowal, małą mieścinę, w której
w r. 1310, 30. kwietnia, Jadwiga, żona Władysława Łokietka urodziła Polsce największego króla – Kazimierza Wielkiego.

Ruszywszy z pod Włocławka, pytałem się przednika – jak daleko jeszcze pod trzeciego króla.

– No, no – nie  martw sie waju bo już do Silny na przykomurek nie bar- zo daleko, jeno żebyś kümmlu21 zafundował, bo to nie takie popłuczyny – jak pod Moskalem.

Ujrzawszy jakieś ruiny na wysepce wiślanej pytam majstra retmana: Panie majsterku, a co to za zamczysko?

– To Myszawa – gdzie króla Popieluszka myszy zajadły.

Tu wziąłem na odwagę i powiedziałem retmanowi, że ta bajka – miała się w Kruszwicy wydarzyć – przy Gople – a nie przy Wiśle. Na to stary wyga popatrzył na mnie z ubolewaniem lekceważąco i rzekł: „Kiedyś taki mądrala, to powiedzże mi, czemu się miasto to zowie Myszawa, (Nieszawa) jak nie dlatego, że tu króla myszy zjadły?

A ino, a ino – przytakiwali starzy oryle, „przecież tu tyle razy pływałem z nieboszczykiem rodzicem – a tak samo gadka była, jak mówią
p. majsterek”.

Musiałem schować podanie książkowe do kieszeni, bo tradycja ustna mię przegłosowała lubo nie miała racji.

Nie raz mię to spotkało później. Pamiętam raz w Krakowie – jakaś pani – oczytana, pouczała Maćków zebranych przy pomniku Jagiełły, że to król „co go myszy zjadły”. Gdym ją chciał przekonać, że się myli – ofuknęła mię, upominając, bym: „ludu nie bałamucił”.

Pomoc Świątnika zrobiła w Krakowie, żem sią przy swem utrzymał, ale pod Nieszawą musiałem wobec „świadomego” retmana i oryli za-milknąć.

Wyszedłszy na grunt „czerwonej” – jak ją zwie Klonowicz, Nieszawy, spotkałem najpierw biednego górala od Żywca, grającego smutne dumki na kobzie. Szkoda wielka, że ten instrument jedynie polski i lira wyszły
z mody. Wiadomo, że nawet wielcy panowie niegdyś na tych instrumentach grywali, a prowadzony do niewoli sławny wojownik polski Korecki, na kobzie grając dodawał ducha i sobie i biednym współtowarzyszom, pędzonym do strasznego więzienia w Jedykule.

Żal mi było serdecznie górala, że tak daleko poszedł za niepewnym kawałkiem chleba, i przyszła mi na myśl smutna pieśn Bałuckiego: „Góralu czy ci nie żal, opuszczać swych gór oiczystych” i trafnie w usta górala włożona odpowiedź: „Dla chleba panie, dla chleba”.

Słusznie mówią ludzie, że chleb ma nogi, bo gdzież dziś nasi ludzie za onym chlebem nie zachodzą!

Nieszawa jest komorą celną I. klasy. Paszporty podpisane w Opatowcu, Zawichoście i w Warszawie, tu się podpisują ostatni raz w Królestwie nad Wisłą – bo niebawem „Książęta wodne” dojadą przecież: „pod trzeciego
króla”.

Zanim wjechaliśmy w terytorjum dziś pruskie, mijaliśmy Raciążek, który tyle razy widział krzyżackich zbójców, a nareszcie minąwszy wieś Silną stanęliśmy pod Złotorją. Tutaj wybierali retmani od nas „lemużnę” na św. Warwarkę w Ulanowie.

Im bliżej morza czyli  „pala” oryl,  tem się mu bardziej woły kręcą za domem i coraz częściej wspomina o sąsiadach, o wiosce,  o dzieciskach,
a osobliwie o kochającej żonie,

która sobie, jak pani, spokojniuchno

siedzi w doma, a flisaczek nieboraczek

robi na chleb, jak robaczek,

płynie do „Turonia”.

Ale i kobieciny, zwłaszcza te młodsze z krągłemi gębami tęskno spoglądają co dnia, czy oryli z flisu nie widać, a gdy się dowiedzą, że ten
i ów wrócił, a jej nie, to nuci biedaczka:

„Idą flisi idą, mojego nie widać,

Uszyłam koszulkę, nie mam jej komu dać,

Dałabym Magierze22, ale mu nie wierzę,

Swemu Jasienkówi — sama ją zawiezę”.

I we wioskach ,,po orylach cała wieś się smuci, bo to chłopy najjurniejsze, i był z nimi we wsi ruch weselszy”, a inni tęsknią, bo im obiecano temu pruską „percjanką” (fajkę), tej znowu żółte bursztyny, ale to wszystko na nic, muszą być cierpliwi, bo jeszcze spory „kajdecek” do pachołków czyli słupów tuż przy śluzie, którą tratwy do Moltawy wpuszczają.

Na Zielone Święta wypadło mi być w Toruniu i łażąc, trafiłem na kościół pod wezwaniem mego św. Patrona zbudowany.

Święty Kubuś stoi sobie w wielkim ołtarzu ze srebrną laseczką, przy której wisi tykwa na wodę, a kapelusz wisi Mu na plecach, ot biedny apostoł.
Z tego to kościoła w r. 1703 ukradli Szwedzi dzwon, mający 120 cetnarów.

U fary podziwiałem wspaniały chór, a na nim piękny organ, który, jak napis świadczy, stoi tu już 298 lat. Właśnie wyszła suma, ludu sporo – czysto ubranego, a muzyka na dętych instrumentach dodawała uroku nabożeństwu, które odprawiał ks. Andrzej Berent.

Po tylej tułaninie po falach Wisły człek sam – bez przynuki czuje potrzebę modlitwy, a pieśń chórem śpiewana: „Chwalmy ten nieskończony” unosi człowieka w lepsze, podniebne sfery…

I jestem pewny, że wtedy modlitwa jedynie jest szczerą, kiedy człek sam uczuwa jej potrzebę, a gdy to się robi dla oka, to chyba z tego nie wielki pożytek.

Po nabożeństwie chodziłem po kościele i natknąłem na tabliczkę skromną, poświęconą siostrze Zygmunta III, a którą tu Władysław IV. w r. 1637 pochował.

Na tablicy napis: Mon. Anna Princ. Suecie 1637. – Nie co dalej wisi obraz Zmartwychwstania Chrystusa z datą 1676.

Pod portretem księcia Racibora jest taki napis :

„Racibor, książę Pomorza, fundację tę pobłogosławił i zatwierdził własnym swoim dyplomem. On także kościół zbudowany dawniej odnowił
w kształty piękniejsze i wspanialsze i nadał mu nowy tytuł : Zwiastowania N. M. P.”

Są tu dwa napisy łacińskie, głoszące pamięć Sobieskiego, na tablicach wiszących. Jeden napis tu przytaczam dla pamięci:

„Obelisk nieśmiertelnej chwały najłaskawszego i niezwyciężonego króla polskiego Jana III. zbudowany niegdyś miastu ku ozdobie, całemu światu na przykład, obecnie potomności na pamiątkę z zapomnienia wydobyty”.

DOM.

„Janowi III., królowi polskiemu oswobodzicielowi Węgier i Austrji, pogromcy Turków, wiary chrześc. obrońcy, gorliwemu katolikowi, posłusznemu synowi stolicy Apostolskiej, pomiędzy królami najmądrzejszemu, między książętami najwspanialszemu, którego chwała oręża królestwo przepełnia, łagodność umacnia. I wieki przetrwa ta chwała. Jego czyny strzegą św. praw przymierzy, gną półksiężyc turecki w służbę wiecznego kościoła. Tak go mężnie wyrugował z krajów chrześcijańskich. I był jednym, który wśród radości całego chrześcijanskiego świata i cesarstwa przybył, zobaczył i zwyciężył okrutne, zbrodnie półksiężyca – o tem niech wiedzą potomni. Był człowiek posłany od Boga, którega imię było Jan”.

Oglądałem z przyjemnością pomnik ks. Kopernika, którego nam duchem Niemcy chcą zabrać za swego.

Stoi ten śliczny pomnik na studni, a na około niego gromadzą się biedni oryle i siedząc na kamiennych ławach, dziwią się pięknemu miastu – póki ich stamtąd policaj pruski z dużym opasłym brzuchem nie wypędzi.
A te obdartusy biedne, jak te wróble, na razie niby odstąpić muszą, ale potem znowu wracają, jakby chcieli prusakom powiedzieć; „dyć to nasz ksiądz polski, wydrzeć go sobie nie damy”.

Na straganach są stosy sławnych pierników toruńskich, na których wypieczenie roczne wychodzi do 5 tysięcy cetnarów miodu.

Zniemczało to miasto dziś prawie całkiem, a wtedy ledwo były dwa  takie  domy gościnne, gdzie obdarty oryl mógł się po polsku rozmówić.

Życie tu jest droższe niż w Polsce, a pruskie walce chleba lubo mniejsze i bielsze, są mniej pożywne dla oryla – jak gruby, kwaśny „brykała” żytni, u sołdatów kupowany. Podobało się to flisom pod „trzecim królem”, że ma dużo srebra i złota, nie tak, jak ostryjak i moskal, którzy „papiurami tylko wciąż gnietą”.

Mijając Toruń, wspominali starzy oryle rok 1873, kiedy to był zarobek niebywały, jeno ta,  była chybka, że „kolera nie śpasowała”.

Co rana widać było na tratwach, jak budy po nieboszczykach  zapalano wraz z jego ubogimi bagażami, zrzucano do Wisły, a zmarłych wywożono na ląd, gdzie ich nad brzegiem, gdzie wypadło zakopywali.

„Pamiętam to dobrze – mówił jeden oryl – ja też wtedy zaszwankował. Zakroiło mię coś straszecznie na kutrzobach i rebekowałem23 na oba sposoby, że niech ręka boska broni.

Wywieziono mię na ląda, tu oto pod kępą przy „Turoniu” i jęcząc, czekałem albo śmierci albo jakiego zmiłowania bożego.

Rano nadeszła jakaś litościwa kobieta z miasta, a widząc, że ze mną źle, przyniosła mi gorącej mięty pieprzowej. Doczyniła mi do tego „pornego haraku” i już mię wtedy nie tak brało za boskie poszycie.

Gdym się mało wiele skrzepił, zabrała mię ta kobiecina do swego domu, a byłem obdarty, brudny i gady u oryla nie są nowiną. Wszak wieta, waje, że wesz orylska, gdy sobie tak południaczkiem wyjdzie na tratwę dla spaceru, to się nie bardzo wrony boi, i wrona się musi dość nauwijać, zanim ją zatermosi. A jednak ta złota kobieta nie uważała na to nic, ale mię wropaliła24 pod bieluśką pościel, a potem poszła po te cholerne leki do miasta
i co moment dawała mi je na cukrze. A gdym jej powiedział, żem żonaty
i mam na Woli Gręboszowskiej kobietę z trojgiem dzieci, to biedne babsko lutowało ich serdecznie. A koło mnie tak skakała niby rodzona żona, i takem ci ledwo z pod łopaty grubarzowi uciekł.

Do dziś dnia Boga za nią proszę i aż się dziwuję, że nieznane babię mogło mię tak „obsermować” (pielęgnować) i tyle koło oryla „usnachtować« (obsługiwać).

Od tego też czasu z chęcią każdego przechodnia nocuję – bo wiem dobrze, co to znaczy poniewierka po świecie”.

Brzegi Wisły są tutaj uregulowane, kamienne tamy trzymają ją w ryzie, a od tratew, berlinek, statków i różnego drobiazgu wodnego aż się roi. Flis kontent, bo tu mniej trzeba pracować, a że i widoki miast pięknych – weselą człeka, toć orylka ma dla niego urok coraz lepszy.

Jak się nie miała orylka, czyli jak starzy zwali „Fryjor” podobać panom, którzy na tem krocie zarabiali, kiedy ja za darmosa prawie tu haruję, a ta pływanka bardzo mi się podoba.

A dużo tu szlachty jeździło z produktami do Gdańska, bo już Kochanowski narzekał, że zamiast jechać do wojny z Tatarami, ona się „pławi do Gdańska z Tatarami”.

Ej, bo to było co wtedy z Polski wywozić. Bory odwieczne dostarczały tyle wieków budulcu najprzedniejszego – klepki – potażu, soli i złotej pszeniczki, a robotnik pana nic nie kosztował, bo tylko tyle, co wikt dostał i wódki czasem.

Za Zygmuntów – zamorskie ludy wywoziły z Gdańska naszego zboża zwyż pięć tysięcy okrętów, a któż policzy drzewo itp.?

Jeszcze w r. 1847 płynąło Wisłą przez Królestwo polskie:

Berlinek 406.

Galarów 1281.

Bajdaków (kogutów) 2.

Kryp 462.     .

Łódek 9.

Statków parowych 2.

Tratew 2040.

Ładunek tych statków od 1. sierpnia do 15. grudnia 1847 wynosił:

Węgla kamiennego, cebuli, orzechów – korców 61.400.

Towarów kolonialnych cetnarów 203.615.

Śledzi, syropu, terpentyny beczek 98.147.

Drzewa opałowego i kamieni – sążni kubicznych 5.901.

Klepek, bali, jaj itp. – kóp 32.669.

Drzewa, cegły itp. – sztuk 144.36725).

Zaś w roku 1893 przepłynęło popod Warszawą:

Statków parowych 5.036.

Statków towarowych 693.

Statków parowych hol. 997.

Barek 1200.

Gabarów 780.

Kryp 1476.

Berlinek 1850.

Galarów 164.

Ogółem statków parowych i żaglowych 12.196.

Wedle samej Warszawy w tym roku przepłynęło tratew 626, zaś ogółem z Galicji, Litwy i Królestwa popłynęło do Prus 1.713 tratew, wartości 5,951.750 rubli. I dziwić się, że drzewo u nas drogie…

Nie wiedzieli nasi ludzie wiejscy drogi za morza lub Saksy, toć i zamożni gospodarze rzucali gospodarstwa (zaniedbane) z wiosną i szli, by świata przejrzeć. A że pływali po rzece, liczącej długości 1063 kilometrów, która dziś do 3 panujących należy, to widziało się im bardzo daleko – aż „pod trzecim królem”.

Dziś z postępem oświaty nasz rodak 15-letni- lub dziewuszka 14-letnia mniej ma ceregieli, jadąc do Ameryki, niż wtedy nasi oryle, wybierając się Wisłą, płynącą w polskim kraju.

Za Toruniem stróża na tratwach musiała być czujniejszą, gdyż po Wiśle wałęsa się dużo „korsarzy” wiślanych, których oryle zowią „buksami”. Całą noc też słychać głosy na tratwach: „a hukaj, hukaj, bo buksa jedzie!”

Polskie chłopaczki nadbrzeżne wyjeżdżają na łódeczkach i śpiewają: „Flisaczkowie z Woli, dajcie nam ta soli, Bóg was zaprowadzi – gdzie będziecie chcieli”.

A że teraz soli nie spławiają oryle, toć chłopczyna odśpiewawszy, co umie, prosi: dajcie drewko.

Pruskiem terytorjum tratwy mkną szparko i rzadko się trafi, by tratwa usiadła na haku, czyli powaliła, toć oryl psioczy, że nie ma „Wesela” i że pruskich pieniędzy mało się zarobi.

Retman za to cwałuje niemal, bo radby jak najprędzej do pala dopłynąć i jechać na nową „ryzę” i nawet  mało się pokazuje ludziom – którzy są nie lada markotni.

Z tego to powodu pewnie powstała śpiewka:

Oryl:

Czegóż się retmanie po tej wodzie wleczesz,

Czemuż do przednika słówko nie przerzeczesz ?

Retman:

Przerzeknę, przerzeknę, ale tylko czasem,

Ja ci zawaruję pod zielonym lasem. Tam ci zawaruję i kół ci zaryję, Jak mi tam nie staniesz, wtedy, cię zabiję.

Oryl:

Z tratewką dopłynę i u drąga stanę.

A wtedy, mój retmanie,

Cóż się z tobą stanie?

Za Toruniem pierwszem większem miastem jest Chełmno. Stara ta siedziba polska sięga czasów Mieczysława I. W r. 1253, gdy go Krzyżacy w swe szpony dostali, cofnęli go wyżej na wzgórze, by go uchronić od zalewu.

Miasto ono miało prawo bicia monety i do r. 1309 było stolicą krzyżaków, a potem przenieśli się do Malborga – który oryl zowie po starodawnemu „Maliborkiem”, a Elbląg „Olblągiem”.

Jak w ogóle wszystkie nasze miasta w one czasy, tak i Chełmno ucierpiało nie mało od Szwedów, którzy się krwawemi głoskami zapisali
w naszych dziejach.

A jednak czas wszystko zagoił… w nowem nieszczęściu człek o starem zapomina. Gdy przyszły gwałty i rozboje moskali – lud śpiewał pieśń,
w której niby się żaląc obecnej doli biednej Polski, jakiś Szwed, ubolewa nad barbarzyństwem generała moskiewskiego Drewicza, którego sołdaci rozjuszeni

„babom piersi obrzynali,

Plewy ostre za nie pchali”,

a przypominając, że i on był niegdyś w Polsce, ale takich zbrodni nie popełniał – mówi:

I ja tu był cztery lata,

Objechałem do pół świata,

Objechałem kraj do koła,

A Polska była wesoła…

A ty Moskwo nieszczęśliwa,

Czemużeś tak wielce mściwa ?26

Kto nas nie gnębił? — chyba ten, co nie chciał.

Dziś Szwedzi nawet nie wiele o nas wiedzą, a tylko zachowują dużo drogich pamiątek, które ich przodkowie w Polsce zrabowali, a których   dużo różni ludzie odkupili i krajowi zwrócili.

Najpiękniejsze miasta polskie dostały się Prusakom i zatracają cechę polską coraz bardziej…

Mijając silną twierdzę Grudziądz przy ujściu Ossy, przychodzi na myśl Wielki Bolesław Chrobry – który kazał w tej rzece bić słupy żelazne. Gdyby dziś ten król zmartwych ożył – a zobaczył, jak się krzyżactwo nadyma
i na nodze plugawej chce nas wyrzucić z ojczystego zagonu – coby biedny pomyślał?

A przecież mimo to, że przewracają co polskie, że nazwy miast i wsi zmieniają na niemieckie, to jednak z krajów polskich nas nie wyprą.

Biedny oryl płynie sobie cichutką Wisełką, a cieszy się, że już pal niedaleko, a pociesza się, że pójdzie do żony, do dzieci, toć pakuje powoli swe manatki i struże laskę dębową. Wieczorem usiadłszy przy kuchni, pykają fajeczki – paląc pruski  trzech królowych i gwarzą  sobie rozmaicie.

Mój Boże! – rzecze sobie n. p. stary Koson Fr. z Siedliszowic, chłopina prosty, analfabeta – jaka to ta Polska była ogromna?

Jedziesz za Kraków, pedają, że tu Polska, jedziesz dalej na Wołonie27 do Telatyna, pedają, że to Polska – „jedziesz za Bug, także Polska, Tyleśwa do Warszawy płynęli, też Polska, tu już tyle dale pod „trzecim królem” płyniemy – pedają, że jeszcze nie koniec.

Ej, co też te choroby panowie porobili, że taki piękny kraj za durniczkę zaprzedali, teraz oni „skapsonieli” (zbiednieli) i dziadują nielada i my, jak dziady musimy się tułać za chlebaskiem, i niby my w Polsce, a trza paśportów i djabli wiedzą czego, a prócz tego w Polsce człek się po naszemu dopytać nie może, bo się z tobą po ludzku nikt nie rozmówi. Zeszłego roku we Ccowie (w Tczewie) chciałem se kupić walec chlebusia i tego smalcu, co go to prusaki robią z koniny28. Idę se jak niemowniątko (niemowlątko) po mieście, a ujrzawszy jakichsi panów idących ku mnie, zdjąłem piknie czapkę i rzekę. Niech będzie pochwalony; a te krwie zaczęły się ze mnie starego oryla naśmiewać, a jeden z nich psianiema w twarz podrzyźniał mi i coś mamrotał.

Spamiętałem tylko, że gadał mi dum, dum29, jako niby żem dumny.

Przygodny czasie, ja mam być dumny, dyć mię zresztą waje dobrze znata.

A gdyby tu przecie były polskie „rząda”, toćby musiało być duśnie   wszystko „unacy” (inaczej).

Pod Gniewem dzieli się Wisła na dwoje i jedna część płynie do Elbląga — druga do Bałtyku.

Tutaj to niegdyś frycowano fryców, bijąc ich cholewą od buta, by pamiętali, która droga po Gdańsk aż do drąga, a która do „Olbląga”. Dziś to już w niepamięć poszło.

W Gniewie zamek pokrzyżacki obrócono na więzienie, a dom króla Sobka dotąd stoi.

Ten król lubił tu przebywać z swoją Marysieńką, którą za co tak kochał, to nie wiedzieć. Za żywota podlegał jej niby wrzodowi na plecach, a ona mu życie zatruwała, a nawet swoim dzieciom rodzonym była nieżyczliwą.

Wisła odtąd płynie leniwo, a wody jej do picia nie są dobre. Pływają w niej jakieś robaki, a miasto białego piasku – mułu czarnego na jej dnie dopatrzysz. Brzegi tutaj mają ziemię tłustą – zwaną Żuławami, które od dawna słyną z swej urodzajności, a choć czasem woda weźmie, to ta
i przyniesie co niebądź, toć lud tutaj ma się dobrze.

Do oryli przyjeżdżają szmaciarze po stare ubrania. Nie mogłem się  pozbyć  lekko starej sukmany ojcowskiej, toć przywlokłem  ją do domu.

Nareszcie wpuściliśmy tratwy do śluzy i tu trzeba je było pchać sprysami, którą to czynność i w nocy flis musi robić. Przy śluzie stoją tak zwane pachołki (słupy), do których się tratwy linami trzyma – by nie poszły na widniejące zdala wody morskie.

Po restauracjach oryle popijają sobie gorzalinę, czasem się niemiłosiernie poczubią – a nieraz wytańczą, jak cztery dziewki. I niech sobie co kto chce gada na naszych chłopków, ale ta ich wesołość i w największej biedzie, to jest coś nadzwyczajnego.

Na naszej ryzie było trzech muzykusów, stary Chłopecki z Siedliszowic z dwoma synami. Przy ich muzyce oryle obdarci i bosi, ot dziadury wierutne, wybijali hołubce przy Gdańsku – „pod trzecim królem”, żeby im tego najbogatszy elegant mógł pozazdrościć.

A cóż to, czy to już nie drąg, czy to jutro już nie mają wracać do domu – a Bóg wie, czy kiedy tu jeszcze dopłyną?

Kiedy się tak bawią „książęta wodne”, nagle rozszedł się szmer: „retman idzie”. Oryle mieli co prawda kajdek żalu do niego, bo jedno, że naszych   ludzi traktował wciąż jako „rzeźnickie syny”, drugie, że był żydowski ujek, toć jechał i raniuteńko i późnym wieczorem, nie pytał czy święto, czy nie   święto, ani nawet największą „mamkę”30 nie baczył, tylko śtafował31   wszystkie tratwy, więc go za to mieli wielki apetyt nieco poiskać tutaj.   Stary flis grajek – chłopina praktyczny,  tak zakomenderował: „Słuchajta waje! ja wyjdę po niego i utnę mu marsia, jak się będzie znał na rzeczy,   to „rój”32, a jak nie, to mu trzeba dać frycówkę, niech zna chłopców
z Siedliszowic”.

Ale jeżeli on nie był fryc, to i retmanowi – nie brakło nic i ujrzawszy muzykantów, klaskał w ręce, a przyśpiewując wesoło, kazał podać wódki, piwa i cygar, no a za te specjały czegóżby też oryl nie zrobił? Urazy poszły z Wisłą do morza, a oryle bawili się z retmanem w największej zgodzie – jakby nic nigdy nie zaszło pomiędzy nimi.

Pojęcie przechodzi, co łagodnością, czyli, jak od wieków u nas w Polsce mówiono: „czapką, papką i solą”, można z Polakiem zrobić.

Tak szlachcic, tak mieszczanin, jakoteż chłop, są na tym punkcie jednako słabi.

Śmiej się ze mnie cierpliwy czytelniku i nie śmiej, ale gdy mi przyszło tę nędzną budę na tratwie porzucać, gdy mi przyszło topić ten gliniany garnek, w którym tyle tygodni jeść gotowałem, żal mię nie mały ogarnął.
I nie miałem odwagi go rozbijać – jak towarzysze robili – alem go leciuchno wpuścił w nurciki Wisełki – niby grabarz małą dziecinę do grobu.

Po nędzną wypłatę poszliśmy do Gdańska.

Kupiec wrócił właśnie z Malborgu, który oryl „Maliborkiem” dotąd zowie, a wypłaciwszy, pożegnał się z orylami – fundując im na drogę wódki po kieliszku.

I przeorawszy Wisłę, wychodzi oryl „na ląda”, ale taki nie swój i nie lusy, jakby sierp połknął, i nie dziwię się majtkom okrętowym, że na ziemi chodzić nie umieją dobrze.

Flisak odwykł od ziemi, pływając tyle tygodni, nogi mu wydelikatniały – moknąc prawie wciąż w wodzie, z żalem rzuca tratwę, a tylko nadzieja ujrzenia rodzinnej wioski, krewnych i domowników, pociesza go nieco.

Retman i przednicy spuścili z tonu, groźne ich twarze wypogodziły się całkiem, a nawet żarna (żona przednika) odznacza się dziś niezwykłą grzecznością.

Znikła różnica tytułów i władzy, a dzisiaj „wszyscy są sobie równi, wszyscy polscy – biedni ludzie – w swym kraju, a tak, jakby w obcym – idący tu pod trzeciego króla za nędznym kawałkiem chlebusia.

Mając chwilę czasu, wyszedłem na miasto, które ma cechę starodawną i przedstawia się wspaniale.

Początki tego grodu gubią się w zamierzchłej przeszłości, ale już w roku 1148 papież Eugeniusz III. w swej bulli zwie go „Castrum Gdańsk”.

Główna twierdza polska i główny port leży na lewym brzegu Wisły – która o milę niżej wpada do Bałtyku – nie była należycie oceniana od swoich, dopiero Krzyżacy zrozumieli doniosłość tego miasta i rękami, nogami starali się dostać w swe pazury.

Starosta polski Bogusz, nie mogąc dać rady Brandenburgom, wezwał Krzyżaków na pomoc, a ci tak mu pomogli, że wygnali co prawda Brandenburgów, ale zdradą opanowali miasto i zamek i w r. 1308, podczas jarmarku na św. Dominika wyrżnęli w pień 10 tysięcy bezbronnego ludu! Za czasów wojen szwedzkich miasto to trzymało się wiernie Polski, czego mu królowie polscy nie omieszkali odwdzięczyć, obdarzając go przywilejami, które miasto bogaciły.

Za Kazimierza Jagiellona – gdy Gdańsk Polacy odebrali – uciecha była w narodzie nie mała, i nasze wojaki, przybywszy nad morze, czerpali   wodę morską i wieźli  ją do Polski – aby się pochwalić, jak daleko byli od domu.

Miasto prowadziło od wieków handel nie mały i tutaj to spławiano tysiące korców polskiej pszeniczki, tu przypławili oryle całe odwieczne bory polskiego drzewa, na które od wieków byli nabywcy. Tutaj cudzoziemcy przyjeżdżali po nasze towary, dając za to złote czerwone, któremi nasza polska szlachta nie lada brzękała.

I wtedy, kiedym to miasto zwiedzał, cała Motława – dzieląca miasto na stare i nowe – zawalona była drzewem różnego rodzaju, pomiędzy którem przewijało się krocie ryb różnego gatunku.

Burmistrz tego grodu był to już spory królik i miał większe prawo
w mieście, niż król polski w narodzie i głowę górno nosił.

Jest gadka, że Piotr wielki, car moskiewski, będąc raz w Gdańsku, poszedł do kościoła i usiadł w ławkach przed wielkim ołtarzem.

Gruby wójt Gdańska, który też właśnie do tegoż kościoła przybył, usiadł sobie na drugiej stronie presbyterjum kościoła Panny Marji, i patrzy
z góry na cara.

W czasie  sumy – jak zwyczaj – wyszedł kościelny  z  dzwonkiem na ofiarę i wybierał co tam łaska.

Car wyjął z kiesy dukata i położył go przed sobą.

Burmistrz, chcąc cara zakasować, położył ich 2 przed sobą. Car się nie chciał dać zakasować burmistrzowi, położył ich 4, i tak kładli obaj mieniące dukaty na ławie, aż z tego urosły spore kupki przed tymi panami. Kościelny przybył przed burmistrza najpierw, a ten ci mu wsypał całą kupę złota, że aż woreczek zgrubiał nielada. Chytry moskal wziął z kupki jednego dukata, wrzucił do woreczka – a resztę schował. Myślę, że burmistrzowi obiad nie bardzo musiał po tem smakować.

Kościół P. Marji, budowany przez Krzyżaków, jest dziełem wspaniałem, ale że był zamknięty, nie byłem w nim.

Kaplic samych ma mieć 46, ale dziś ta świątynia należy do lutrów.

Między ciekawemi pamiątkami jest tam bardzo pięknej rzeźby krucyfiks, który znany mi był z ryciny w „Lechu”, niegdyś podanej, a o którym jest podanie, że ten, co go rzeźbił, powiesił na krzyżu człowieka, aby miał wzór, jak wygląda bolejący człowiek na krzyżu i podług niego zrobił Chrystusa. Uważam to za nieprawdziwe.

A kiedy mowa o krucyfiksach, to z żalem podnieść muszę, że po naszych domach rzadko gdzie można znaleść dobre wyobrażenie Chrystusa na krzyżu, czy to rzeźbą, czy w obrazie, a to, co jest, to nieraz wstręt wzbudza.

Prawda, że oddanie Chrystusa na krzyżu należy do prac bardzo trudnych.

Czytamy o dwóch rzeźbiarzach, którzy się kochali i żyli, pracując
w jednem włoskiem mieście, że umówili się zrobić ukrzyżowanego Zbawcę. Po paru tygodniach zaprosił jeden drugiego, chcąc mu pokazać swe dzieło. Zobaczył zaproszony i powiada: „ta tyś chłopa na krzyżu przedstawił,
a nie Chrystusa”.

Urażony artysta odrzekł cierpko: „tak, łatwo to krytykować, ale zrobić trudniej”.

Po paru tygodniach spotkali się rano na rynku obaj artyści, przyszedłszy po wiktuały do życia – jako że wtedy ludzie sami bez sług i lokaji takie sprawy nie wstydzili się załatwiać.

Ubrani byli lekko, a każdy miał zapaskę na sobie, jak to mają murarze, kowale itp.

Ten, co wykpił robotę kolegi, trzymał flaszkę wina i 10 jaj w garści, które to rzeczy dając koledze, rzekł: „Weź to i idź do mej pracowni. Ja jeszcze mam tu kupić pewną rzecz. Kupiwszy, wrócę i tam razem pośniadamy.”

Ten zabrał w zapaskę wino i jaja, a wszedłszy do pracowni, stanął jak wryty – i wypuściwszy zapaskę, nie baczył, że flaszka z winem i jaja, upadłszy na kamienną posadzkę, rozbiły się.

Tymczasem kolega tamten stanął tuż przy nim, niby zagniewany i powiada: „cóżeś to zrobił, rozbiłeś śniadanie ?” – A zapytany, przyszedłszy
z podziwu do siebie, rzekł: „prawdziwie ty umiesz przedstawić rzeczywiście Chrystusa, ja tylko chłopa”.

My w Polsce mamy sporo dość ślicznie rzeźbionych krucyfiksów – dość wspomnieć na zamku, u P. Marji, w Mogile, no i ten w Gdańsku, o którym wyżej była mowa.

Ratusz wspaniały ma śliczny zegar grający, a na jego szczycie stoi posąg króla Zygmunta Augusta.

Prusacy tyle zabiegali, tyle pracowali, aż się im w ręce Gdańsk dostał
i jest perłą w pruskiej koronie!

Darmo wielu w narodzie protestowało przeciw zaborowi Gdańska dla Prus, darmo rozrzucano po kraju wierszyki: „Polska bez Gdańska, Torunia,  Wieliczki, nie  warta nawet i łojowej świeczki.”

Znakomita była mowa jednego z posłów na Sejmie czteroletnim, który, postawiwszy się w roli króla pruskiego, tak mówił: „Braknie mi jeszcze twego Gdańska, Polaku. Trzeba żebyś mi uczynił grzeczność sąsiedzką
w odstąpieniu tej ostatniej sieroty twojej, twego Izaaka. Gdy go pozyskam, dopiero przemówię:

Dominium maris, dominium orbis.

(Państwo morza, państwo ziemi.)

Ty zorzesz, ty sprzątniesz, ty spławisz, a ja bez trudów i nakładów pochłonę i strawię.

Odjąwszy ci ostatnią konkurencję do spieniężenia dobrodziejstw ziemi twojej, cóż ci zostanie z mniemanej własności?

Oto: ile siebie wzmocnię – tyle ciebie zniszczę.

Po niewiele lat, nagi i obdarty przyjedziesz sam żebrać łaski i miłosierdzia mego, abym cię pomieścił między służbą moją.

Wówczas syny twoje, przerażone potęgą moją, uklękną przedemną
i czyny moje policzą między czyny bogów, a ty Polaku, przestawszy być Polakiem, poczytasz za chlubny zaszczyt nosić imię dawnego hołdownika”.

Niestety, takie i tym podobne mowy na nic się nie zdały – lekkomyślność, niezgoda i nierozum sprawiły swoje i cała Polska poszła do obcych, a więc i Gdańsk.

Widziało to miasto i króla Batorego, który butnym mieszczanom swe zęby pokazał (Batory miał w herbie wilcze zęby) i miasto musiało złożyć 20 tys. dukatów za zburzony klasztor w sąsiedniej Oliwie.

Wsiadłszy do wagonu pociągu roboczego, zwanego „dziadokiem” jako że dziadów wozi – o mało się człek nie udusił, tak nas biedaków czubato naładowali. W Aleksandrowie podpisano nam paszporty, a że moskal słabo czytał, opowiadali sobie na to konto oryle gadkę, że jeden oryl przez pomyłkę poszedł na flis z paszportem na krowę wziętym u wójta, no
i obszedł ryzę spokojnie.

Z Aleksandrowa jechałem przez Nieszawę, Włocławek, Kowal, Ostrowy, Kutno i Pniewo do Łowicza.

Tu się zatrzymałem, i z niemałem zdziwieniem obserwowałem podczas procesji Bożego Ciała, jak Monstrancję po mieście niósł ksiądz, pan
i chłop. Chłop i pan nieśli zgrabną deseczkę, a kapłan trzymał ciężką złotą Monstrancję, której moskale przecież nie skradli ze skarbca, jak nasze
w Galicji austrjaki.

Lud tutejszy, zwany księżakami, chodzi prawie w ubraniach swego wyrobu, które są z wełny i wyglądają malowniczo, a sam lud wygląda tak wspaniale, taki  jest piękny i urodny, a pracowity, że uważam go za najpiękniejszy w całej Polsce.

Za miastem są tylko fundamenta z pysznego zamku Prymasów, na których usiadłszy, cieszyłem się cudnym widokiem przepięknych okolic, schludnych domów włościańskich, a dumałem, czego też ten Łowicz nie widział?

Z Skierniewic – siedziby niegdyś arcybiskupów gnieźnieńskich – szło się piechotą 23 wiorsty do Rawy. Kawałek ten drogi żwirowej daje się odczuć nogom nie lada.

Wesołość i junactwo oryli poszła gdzieś do kącika i prawdę pisał poczciwy Pol, że :

„smutny jest widok powracajacych oryli”.

I stąd to zapewne urosła gadka, że oryl szedł z miną zamaszystą
i prowadził sobie psa. Zapytany, gdzie idzie – odrzekł buńczucznie: „Na flis!” – „A na co tego psa prowadzisz ?” „Żeby mi przy budzie szczekał”, odparło dumne książątko wodne.

Ale jakaż zmiana z powrotem do domu.

Flis lezie okrakiem do domu, niby żółw, ale już bez psa. Pytany, skąd Bóg prowadzi? – ledwo wycedził: Z flisu…

– A gdzieś to bratku tego psa podział ?

– Zjadłem !   –    wyszeptał   cicho   biedny flisak…

Do Rawy przybyliśmy już pod wieczór i nie mogłem zamku słynnego z szczętami wieży obejrzeć. Tutaj to były więzienia polityczne, w których siedzieli słynniejsi więźniowie swoi i obcy. Minąwszy Inowładz, przyszliśmy do Opoczna, lichej mieściny, sławnej z tego, że stąd była rodem Esterka, która tyle czasu była królową serca wielkiego monarchy Kazimierza.

Oprócz kościoła, fundacji tego króla, pokazują dom, w którym mieszkała Esterka i gdzie urodziła królowi dwóch synów: Pełkę i Niemirę.

Słynne to miasto jest jeszcze z tego, że cech szewców miał tutaj
w swych przepisach, zatwierdzonych w r. 1593, taki artykuł:

„Któryby z braci cechu psa zabił umyślnie, albo kota, taki ma być karany kamieniem wosku i 5 zł. do skarbu cechowego, jeżeliby zaś temu nie chciał zadosyć uczynić, taki niema robić rzemiosła. Któryby był przy oprawieniu konia, albo pomagał (łupiskórze) chociażby i jemu samemu koń zdechł, ma być taka wina darowana, jaka o psa i o kotkę” (Pols. St. Bal.)

Nie dziwno, że dziś nawet odarcie skóry z konia należy na wsi do zajęć bardzo w pogardzie będących, a całkiem niewinnie. Kocie skóry, tak cenione w handlu – wyrzuca się u nas zwykle z padłem, kotem na drogę,
a Szwajczary – naród najmądrzejszy – kota uważają za specjał!

Na rynku stoi piramida, a na niej napis w polskim i rosyjskim języku :

„Aleksandrowi II., Cesarzowi Wszech Rosji, Królowi polskiemu – Włościanie powiatu Opoczyńskiego, za urządzenie ich bytu w roku 1864”.

Pytam idącego chłopa: „Toście tak sami z dobrej woli ten pomnik postawili? – „Ej, kaj ta sami – odparł – kazali składać przy podatku, tośwa musieli złożyć”.

Tą samą drogą wybudowano później temuż carowi pomnik i na Jasnej Górze i z przykrością czyta Polak na nim napis:

„Staraniem ludu wiejskiego Królestwa Polskiego”, a potem wyjątek ukazu z dnia 19. lutego 1864: „Niech ten dzień będzie pamiętnym dla włościan Królestwa Polskiego, jako dzień nastania nowej ich pomyślności”.

Dobry Boże! Prawda, że to kłamstwo i blaga. Uwolnił wprawdzie car chłopów za Wisłą od stosunków pańszczyźnianych, bo się bał, żeby się nie przyłączyli do powstania, ale człek z boleścią zapytać musi, czytając tam takie napisy, czemu takich słów nie powiedział i w czyn nie wprowadził n.p. Sejm polski w Warszawie w r. 1831, i czemu chłop polski, tak za Wisłą, jak i u nas musi to przeważnie obcym, nie swoim zawdzięczać?

Ale co winić dawnych ludzi, skoro jeszcze i dziś nie mają wszyscy
w głowie, tak jakby dla narodu dobrze było!

Oj, odpokutowała śmietanka narodu polskiego za ten nierozum polityczny i tej pokucie dotąd końca nie ma. Oby dzisiejsi przodownicy zechcieli się wyraźnie poprawić – bo źle z nami!

Przybywszy do Końskiego, starej siedziby Odrowążów i Małachowskich, chciałem zwiedzić mchem obrosłego starowinę – kościół z ciosowego kamienia, restaurowany już, jak widać z napisu nad drzwiami, w roku 1120, ale że był zamknięty – więc odmówiwszy za nieznanego fundatora Zdrowaśkę, z żalem musiałem odejść.

Tu nająwszy furmanki, jadą oryle aż do Buska.

Z Końskich widać mury kościoła we Modliszowicach słynnego niegdyś zamożnością, którego skarbiec zakrystjan ukrył przed chciwością Szwedów w ten sposób, iż wszystek sprzęt kosztowny złożył w zakrystji na kupę przykrył go ścierką i plewą – okna wybiwszy połamawszy.

Miało to poze, ze tu już nieprzyjaciel gospodarzył i założył magazyn dla koni.

Skarbiec tak schowany ocalał. (Przyjaciel domowy z r. 1859)

Minąwszy Kazanów, siedzibę słynnego rodu Kazanowskich i Mniów, przybyliśmy do Kielc.

Tu był odpoczynek, toć pochodziłem nieco po mieście.

Miasto Kielce założył w r. 1173 Gedeon, biskup krakowski, ten sam, co się tak ostro postawił Mieczysławowi Staremu za to, że ludność uciskał.

Biskup Tylicki sprowadził z Włoch górników do łamania marmuru, rudy miedzianej i ołowiu, i założył również i fabrykę broni.

Szkołom tutejszym dał początek znany z swych bardzo chwalebnych czynów ks. biskup Szaniawski, i jak widzimy, Kielce wogóle mają prawie całą swą przyszłość do zawdzięczenia biskupom krakowskim.

Kolegjata kielecka ładnie się przedstawia.

Najpiękniejszy pomnik ma w niej żona AIberta Zebrzydowskiego
z roku 1553. Innych pomników jest sporo – najlepiej pamiętam nagrobek hr. Andrzeja Załuskiego, biskupa Szaniawskiego Felicjana i Jana Woronicza, też biskupów, którzy bardzo szacowną pamieć zostawili po sobie – tak
w kościele jakoteż i na polu narodowem.

Zewnątrz katedry przy drzwiach wchodowych jest ciekawa książka dla chłopów wydrukowana, a właściwie katechizm religji i z świeckiemi wiadomościami dla ludu prostego.

Na tablicy marmurowej czytamy wypisane złotemi literami najpierw liczby od 1-10, a dalej: „Jeden jest Bóg. Druga osoba boska stała się człowiekiem. Trzy są osoby boskie, t. j. Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch św. Cztery są grzechy wołające o pomstę do nieba. Pięć jest kościelnych przykazań. Sześć jest prawd wiary chrześcijańskiej. Siedm jest Sakramentów św. (i tu je wylicza). Ośm jest błogosławieństw. Dziewięć jest grzechów cudzych. Dziesięć jest boskich przykazań”. Niżej wypisano miary i wagi ówczesne, długość dnia, miesięcy i roku.

Dzieło to jest arcybiskupa  Michała Poniatowskiego, który tym sposobem chciał chociaż biedny lud kmiecy oświecić. Przypuszczam, że organista, kościelny, a może i kto z chłopów, umiejący czytać, odczytywał te wiadomości biednemu ludowi, który nie miał sposobności nabyć nawet tak małych wiadomości.

Wiem to z ust ś. p. ojca mego, że w Królestwie, skąd był rodem, przy drzwiach kościoła wisiał nawet grzebień i nożyce,  gdzie obcinano długie   włosy względnie kołtuny nieszczęsnym chłopom, którzy zapracowani, zaniedbali się zupełnie,  nie dbając, że mają wygląd bardzo odstraszający.

Minąwszy Chmielnik, słynny z bitwy dnia 18. marca 1241 Polaków
z Tatarami, która mimo wielkiej waleczności źle wypadła dla naszego oręża, przyjechaliśmy na furach do Buska, słynnego z wód mineralnych.

Próbowano tu niegdyś warzyć ze słonej  wody sól, a król Poniatowski, jadąc tędy, z Kaniowa do Krakowa, oglądał  w r. 1787 z ciekawością warzelnię tutejszą.

W tutejszym kościele jest pomnik Dersława, rycerza i fundatora kościoła z roku 124l.

Z Buska pieszo szliśmy już do granicy, przez wieś Dobrą Wodę i Strożycką, skąd już ujrzałem z największą radością kościół wspaniały i wioskę moją rodzinną

Na komorze w Nowem mieście Korczynie podpisali nam paszporty
i pod Borusową przejechawszy Wisełkę – gromada biednych polskich robotników znalazła się w domu ku uciesze dzieci i żon, które po tylu tygodniach z tęsknotą wyglądały powrotu oryli. Ciesząc się śpiewała żona pewnie temu i owemu:

„Tyś Jasiu flisował, ja Boga prosiła,

Żeby Cię wodeczka w górę wynosiła”.

Mnie jako kawalera i sierotę nikt jeszcze nie witał, nikt nie śpiewał, toć wieś mi się rodzinna wnet  przejadła,  zwłaszcza że zarobku tutaj nie było, i począłem tęsknić za modrą Wisełką, a w nocy wciąż mi się zdawało, że płynę po bystrej wodzie itp.

Bo jak oryl raz flisu liźnie, to go coś tak ciągnie na wodę, że w chałupie w owe czasy zwłaszcza nie sposób wysiedzieć.

A nie myśl Szan. Czytelniku, że to tylko mnie się tak widziało, ale proszę posłuchać, co o tem pisała nasza bardzo zacna i uczona Polka – Klementyna z Tańskich Hoffmanowa, która, spotkawszy raz wracających z flisu oryli tak sobie z nimi pogadała:

– A nie przykrzy się wam to flisowskie rzemiosło – spytałam się.

Gdzie tam – odrzekł retman33 – jest ci wprawdzie mitręgi dosyć, człek nie dośpi, nie doje, często w wodzie, kieby ryba pluskać się musi, ale za to jak doprowadzi  szczęśliwie onę sól do mety,  rad temu i wesół, kieby   go kto na sto koni wsadził.

– A w domu długo odpoczywacie?

– Jak   najkrócej! Człek się stawi przed starszyzną34, kobiecie i dziatkom gościeniec (podarek) odda, rozpowie kumom w karczmie flisowskie dzieje, trocha się dowie, co się we wiosce stało i dalej na flis rusza – gdy tylko może. „A ktoby się tam za piecem na sucho osiedział, i kto raz wędrówki
i wody zakosztuje”.

Tak też i ja nie mogłem siedzieć za piecem, jako żem go, mówiąc po prawdzie wtedy i nie miał, to też za parę dni jużem był w budzie na tratwie, jużem był jak jeleń wodę wiślaną, ale byłem już nie taki nie lusy
i poterany  jak pierwej; byłem już nóżka pan – byłem już stary oryl, a nie biedny frycowina – na której kto chce, to utknie.

Dziś czasy się zmieniły do niepoznania.

Orylka w naszych stronach zaginęła, nie ma już co Wisłą do morza wozić, a co jest, to wożą kolejami.

Młode pokolenie nie ma pojęcia o orylach i dla nich to niechby były choć te marne parę słów, które tu kreślę. Czytając je, może ich kraj rodzinny zajmie i pokochają go tak, jak powinni, jeśli chcą się i mogą słusznie zwać Polakami.

Co to za Polak, co nie zna swego kraju, swego narodu – i nie wie, jakie koleje ten kraj przechodził i przechodzi?