Pływanka

Autor: Jarosław Kałuża, tekst z sierpnia 2010 r. 

Ryzę odbyć, to znaczy drzewo, czy galary
odstawić Wisłą do Gdańska, czyli do „pala” 

„Postanowiliśmy, aby żegluga na rzekach Królestwa naszego w górę i w dół z wszelkiego rodzaju towarami była wolna dla wszystkich ludzi jakiegokolwiek stanu, zakazując wszelkie przeszkody i cła”

                                                  Jan Olbracht Król JGM 1496

 

„Wisła ma większy potencjał od Mazur i Tatr razem wziętych” – powiedział wychodząc ze swojego kajaka Marek Kamiński.

Nie wiem, po co pływać Wisłą zimą, ale trudno. Jak mus, to mus. Przepłynął,  pomyślał OK!

Ja tam wolę „po bożemu”. W maju. Królewskim Flisem na Wiśle.
Szyper Jarosław Kałuża. Retman Mieczysław Łabęcki ze stolicy flisactwa polskiego Ulanowa, Przednik Janusz Sroka (TV Flis –„Wystartowali”). Studenci idą w lipcu.

Pływamy po to, żeby wskrzesić życie na Wiśle. A to, że pływamy tradycyjnie to tylko szacunek dla poprzednich pokoleń, które pływały w ten sam sposób. Bo
umiały. Banalnie określił to Przemek Nawrocki z WWF „Dostosowujemy łodzie
do rzeki a nie rzekę do łodzi”. A zresztą tak samo zaczynali Francuzi na Loarze.
Mieli kilku potomków szkutników ale uparli się by na Loarze było pięknie. I jest. Siedemset dużych drewnianych jednostek. Połowa z nich jest własnością miast i stowarzyszeń a Loara tętni życiem bez plastikowej protezy. Wisła to jeden z niewielu zmitologizowanych akwenów w Polsce. Tu są opowieści, bajki wiślane, mądrość starych wiślanych baców. To pływanka biegunowo różna od mazurskiej.

Co roku wypływamy z „0” (ujście Przemszy) do Gdańska. Co roku w ostatni czwartek kwietnia. Trzy tygodnie. No, może trochę więcej. Nasze „0” przesunęliśmy sobie do Broszkowic na Sole, bo to wygodnie zrzucać łodzie, sołtys
zna się na rzeczy a koledzy z Oświęcimia nie każą mierzyć rzek, czy Wisła wpada do Soły czy odwrotnie. Przy rychtowaniu łodzi każdy ma swoją robotę. Warto zawsze zadbać o ustawienie kuchni.

W ogóle gotowanie na Wiśle wymaga osobnej książki kucharskiej. Po kilku latach pływanki wiadomo na przykład, że na początek trzeba mieć worek ziemniaków, pół worka cebuli i tyle samo czosnku. W Opatowcu a najpóźniej w Nowym Korczynie trzeba kupić mięso. Duuuuużo mięsa. Przednik je zapekluw Nowym Korczynie trzeba kupić mięso. Duuuuużo mięsa. Przednik je zapekluje i najpóźniej w Kazimierzu będzie pieczeń, za którą każdy da się zabić.
Albo, że w Grudziądzu cumujemy najpóźniej o 15-tej bo o czwartej zamykają się sklepy rzeźnickie a takiej wędzonej słoniny nie ma aż do Bałtyku.
I żelazna zasada. Śniadanie jak dla drwala. Obiad jak dla dwóch, zaś kolacja po prostu szewska.

No to ustawiam na głowie (na Mazurach powiedzą „na dziobie”) kuchnię pokładową, wyspową i brzegową. Miski, miseczki, gary, garnki i garnuszki. Graty schodzą na pokłady i w drogę. Konie zostają. No, właśnie te konie. Na zerze odprowadzają nas jeźdźcy z Kęt. Bardzo nam zazdroszczą naszych łodzi „bo to przywiążesz sznurkiem do pnia i masz wolne, idziesz sobie pojeść. U nas odwrotnie. Koń musi popić, pojeść, trza go oporządzić i dopiero możesz sobie zrobić kolację. A toto jeść, pić nie woła.” Mówią pokazując palcem naszą flotę. Skutek jest taki, że w tym roku mają iść z nami. Konie brzegiem, my wodą. Nawet sobie ułanów jeźdźcy załatwili żeby ich przeprowadzili przez Warszawę. No to będziemy mieli drugi cud nad Wisłą.

Zatem dzień pierwszy. Nikt, kto nie płynął Wisłą, nie wie co to dzień pierwszy czy ostatni. Tego jednak nie omawiamy. Popłyną, zasmakują. Wtedy po Mazurach zostaną jedynie niemieccy emeryci. W klapkach.

„Kiedy ranne wstają zorze” (Zawsze śpiewamy to z rana, tym razem w południe) i w drogę. Pierwsza śluza – Błaszczakowej (Dwory – (3,5 km)). Robi się w duchu ciepło, potem następne kilka „drzwiczek” i już jesteśmy pod Wawelem (77 km) (TV Flis „Cumujemy”). Załoga włazi na Tę Górę, na miasto. Uciecha „jak sto diabli”. Tu bierzemy Francuzów. Płyną na dwie zmiany – Z Krakowa do Wyszogrodu i z Torunia do Gdańska. Patrzymy na ich łódź z szacunkiem. Na załogę z lękiem. Oprócz rodziców trójka dzieci. Najmłodsze ma dwa lata…

Zobaczymy jak będzie (patrz „Wisła – flis naprawdę„).

Potem Szymula – znaczy śluza Dąbie (81 km) – gdzie nie wolno porysować śluzy „bo będziecie malowali” (z mądrości Tadeusza Szymuli) i na Przewóz (92 km), do Bochenka.

Tak naprawdę to tu zaczyna się FLIS.
Ta śluza jest postrachem flisaków. Za nią kończy się rzeka. Po prostu dziura dwa metry głęboka i dwieście metrów długa. I sucho. „Wody ni ma” (TV – Flis „Przewóz przy średnim stanie wody”). Tu zawsze przed śluzowaniem warto się wyspać. Bo na drugi dzień… Chodzi o to, że raniuteńko otwierają się wszystkie drzwiczki elektrowni na Przewozie, woda wali w zakręt, odbija się od brzegu i dopływa do wrót śluzy. Wtedy na cofce przepływa flota. Dlaczego zawsze się udaje? Nie wiem. W każdym bądź razie flocie kilowo-mieczowej udaje się o wiele rzadziej. No, w każdym razie w dużym skupieniu przepływamy śluzę (TV Flis „Przewóz przy średnim stanie wody – przeprawa), zakupy w Niepołomicach (101 km) i … gdyby chciało się jakiejś plastikowej łódce jeszcze płynąć, to docieramy. w niemniejszym skupieniu na „kilometr 119” (TV Flis „Przejście 119”). Znaczy się „na skałę”, na święto kapoka. Nasza drewniana flota podskoczy, odbije się od skalistego dna ale do Opatowca, „na Świętego Floriana dopłynie”.

Kiedy już miniemy „119”, zacumujemy przy moście w Nowym Brzesku (121 km TV Flis „N Brzesko”), zwiedzimy klasztor w Hebdowie (122 km TV Flis „Hebdów XII wiek”) z utęsknieniem wyczekujemy ujścia Raby (135 km). Tutaj kilometr niżej wreszcie mamy pierwszy półwysep (136 km) (TV Flis „Pyszny Półwysep”) Rozpalamy ognisko, gotujemy zupę na trójnogu. Dzieci mogą się wybiegać. My pogadać.

No to pogadajmy:

W ogóle chodzimy pływanką,Wisłą na silniku, na wiosełku i kiedy jest dobry wiatr, na żaglach. Te ostatnie rozprzowe, których używają Polacy i rejowe, które mają na swojej łodzi Francuzi. Francuskim żaglem kieruje się jak koniem: lejce w prawo to w prawo. W lewo – w lewo. Na rozprzy inaczej ale też prosto. Na wiosełku pychowym chodzimy to” na obrót” albo „na ósemkę”. O to zawsze jest wojna. O sztukę czytania wody też. Bo retman – kapitan całą swą tajemniczą MĄDROŚĆ JAK I INNI PRZEDNICY BIERZE Z TEJ UMIEJĘTNOŚCI. Bo woda niby płaska ale dobrze widać, co jest pod spodem. Widzą oczywiście wtajemniczeni (TV Flis „Do Sandomierza”, „Ujście Raby”). Nasza pływanka różni się od mazurskiej wszystkim. Po pierwsze jest symbolem dalekiej podróży, osiągnięcia celu jak najbardziej uzasadnionego historycznie. Każde cumowanie jest poznaniem czegoś nowego. Każda osada to mili ludzie. (jak dawniej w górach). Przecież to dzięki flisom rozwinęły się miasta. Sama pływanka to wspólnota załóg zaczynająca się wspolnymi śniadaniami, obiadami i kolacjami. Każdy posiłek jest tęgi. Jak w domu. Zresztą na posiłki na lądzie nie ma co liczyć bo solidnego jedzenia w knajpach na szlaku jest „jak na lekarstwo”. Kontakt z przyrodą. BEZ-PO-ŚRE-DNI. Różnica mniej więcej taka jak pooglądać zwierzęta w ZOO i w lesie (ze wszystkimi konsekwencjami). Sposób czytania wody. W ogóle pojęcie nieznane na Mazurach. Rodzime a nie wydumane szanty flisackie. Brak komfortu (pomieszczenie przeciwdeszczowe na łodzi to „buda”). Pełna i do bólu prawdziwa niezależność od brzegu.

Ten pierwszy dziki nocleg zawsze nastraja optymistycznie i każe wierzyć, że wyspy nie zostaną zalane, noce będą coraz cieplejsze. Tu zaczynamy czytać nasz przewodnik „Flis do trzeciego króla” Jakuba Bojki z 1907 roku. Niezaprzeczalny urok tej książeczki, zrozumienia autora co (my – teraz) przeżywamy, robi co roku na nas ogromne wrażenie, bo obrazy przez Bojkę opisywane działają na wyobraźnię i jeśli ich czasem nawet nie widzimy to i tak zbiorowo „powracamy do przeszłości”. Jak? Nie wiadomo. Tajemnica rzeki. Rano dalej w drogę do Opatowca. Opatowiec (161 km) to śliczne miasteczko, promowi, strażacy, porcik z młynem i GOŚCINA (TV Flis „Idziemy na sumę”, „Strażacy w Opatowcu”„Cumowanie w Opatowcu”, „Wcisło z promu”). Porządna marina. Można rozbić namioty i (kiedy nie ma chrzcin w hotelu) umyć się. Nowy Korczyn (161 km) (TV Flis „Nowy Korczyn wycieczka”, „Wcisła Nowy Korczyn”) zachwyca ciszą małego miasteczka.

Od Połańca (221 km) rozpędzamy się żeby odpocząć w Sandomierzu (268 km) (TV Flis „Cumowanie w Sandomierzu”, „Nocleg w Sandomierzu”). To stateczne i niezwykle gościnne miasto daje nadzieję na nowy port. Przyjemnie jest przemierzać rynek, zajrzeć do katedry. Mniej przyjemne jest noszenie zakupów na łodzie. Za to prysznic można wziąć na miejskim basenie. Stąd już szeroką, stateczną Wisłą coraz częściej można iść na żaglach (TV Flis „Wyjście z Sandomierza”, „Wywiad z flisakami z Loary”). W Zawichoście (287 km) żyją starzy flisacy, którzy umieją pływać na żagielku, pod prąd i pod wiatr. Tak jak rybacy z Czerwińska i Tczewa.

My z tym mamy zawsze kłopoty. To odtąd zaczynają się wyspy, które potem śnią się po nocach. Śladu ludzkiej stopy nie uświadczysz, drewna na ognisko przeogrom, tylko w nocy irytują sumy wyskakujące co kilka minut z wody. Na szczęście na tych wyspach nie ma drzew i mamy spokój od słowików, które trele morelą do białego świtu. Potem kwadrans przerwy i wachtę przejmuje zmiana dzienna. Kilka nocy to nawet jest przyjemne ale na dłuższą metę… Na szczęście te wyspy zaczynają się dopiero od Warszawy. Z Zawichostu przez Zabełcze (292 km) (TV Flis „Zabełcze”), Solec (332 km) do Kazimierza (358 km) to miód na serce. Solec nas fascynuje. Bądźmy szczerzy. Nie największa mieścina a tradycje flisackie i umiejętności na najwyższym poziomie. Jeszcze sobie Królewskie Regaty urządzają.

To wspaniały odcinek rzeki. Oczywiście dla tradycyjnej, płaskodennej floty, bo przez haki i świnie (Patrz „Słownik”) zawsze łodzie przeciągniemy. Jednostki kilowo mieczowe rzadziej przechodzą. Wiele rzadziej. Kazimierz to flisackie wakacje. Kiedy leje, śpimy u Stasia Pieklika na Dziuni. Jak jest ładnie to na brzegu, na plaży (TV Flis „Kazimierz”). Tam w miasteczku się kotłuje, a my tu przy ognisku, iluminacja miasta i śpiewy. Te śpiewy to zupełnie inne zagadnienie.

Mazurskie szanty nie pasują. To tak jakby w krakowskim Wierzynku zaśpiewać „Majteczki w kropeczki”. A flisackich piosenek jest sporo. Mają albo tęskny zaśpiew burłaków albo skoczną linię oberków. Najlepiej się ich uczyć od sandomierskiej grupy HAMBAVENACH (TV Flis ‘Hambavenach”). Oprócz cudownej plaży Kazimierz ma też inną zaletę. Tu znajduje się jedyna na Wiśle, blisko brzegu, stacja benzynowa. Za Kazimierzem – Puławy (372 km). Oprócz zalet oczywistych jest też i ta, że od tego miejsca już kupujemy ryby wiślane. Na uchę. Ceny niewygórowane. Ot, dwa piwa za siatkę (TV Flis „Puławy”). Ujście Wieprza (392 km) od trzystu lat jest miejscem dla niewybrednych dowcipów flisackich bo frycom (tym co idą Wisłą pierwszy raz) każe się sondować bosakiem wodę od strony ujścia („weśże no śprysę i sprawdzaj bo woda tu zdradliwa”). Biedaki wystraszone, że jak źle sprawdzą wodę to flotę zatopią robią to wyjątkowo gorliwie. Wtedy cała reszta kwiczy jak opętana i krzyczy „Przebił Wieprza, przebił Wieprza” (TV Flis „Ujście Wieprza”). Takie tam flisackie zabawy.

Nie, byśmy byli jacyś dzicy tylko kiedy się tyle płynie… Zresztą pływa z nami Szkoła Pejzażu na Wiśle – rok trzeci i Pływający Festiwal Sztuk, który ma zawołanie

„Ten, przed kim Natura zaczyna odsłaniać Swe jawne Sekrety, doznaje nieodpartej tęsknoty za Jej najwartościowszą interpretatorką – sztuką”

                                                                                                        Johann Wolfgang Goethe

To trudno artystów podejrzewać o żołnierskie dowcipy. Zresztą artyści, których wozimy są do rany przyłóż. Sfilmują wydarzenie, namalują obrazek. I tak leniwie płynie się do Warszawy. Nocleg na wyspie za mostem w Górze Kalwarii (478 km) kapitalny (TV Flis „Tuż przed mostem”, „Nocleg w Górze Kalwarii”) ale żeby przez piaskownię dotrzeć do knajpy albo jeszcze dalej, do miasta to definicja samozaparcia. „Na Warszawę” ubieramy się w ładne, białe koszule. Odpoczniemy w Porcie Czerniakowskim (511 km) w gościnie u Fundacji „Ja Wisła”. Pełni ona rolę schroniska w „Dolinie Pięciu Stawów” w Tatrach (TV Flis „Zrobiła się impreza”).

Dalsza droga (oprócz warszawskiego kolektora (522 km)), to tatrzańska Orla Perć. Nie chodzi o trudność ale o widoki. O przyrodę. Warto wtrącić skąd te górskie porównania. Kiedy jeden z flisaków (z wykształcenia historyk) pierwszy raz przepłynął Wisłę stwierdził, że rzeka jest w tym samym momencie historycznym, co Zakopane roku 1880. Przyjeżdżali tam wtedy tylko malarze, literaci, twardzi ludzie. To oni zdefiniowali piękno gór, to oni słuchali baców, szli z nimi w góry. To im się udało wpoić piękno, które dzisiaj jest oczywiste. Święta prawda. Tylko co będzie jak wpłyną tu mazurskie Krupówki. Jeśli się nie nauczą Wisły będzie bida, hotdogi i dyskoteki. Kiedy wpłynie tu zanalfabetyzowany kilowo-mieczowy plastik „co ani be ani me” w gwarze flisackiej nie powie, bo dla niego to „roznklapa tandetnie blindowana ryksztosuje”,co nie wie komu i jak trzeba pomóc,. przyrodę pojmuje jako miejsce do użyźnienia zaś zabytek klasy „0” jako punkt orientacyjny TO BĘDZIE BIDA. Na szczęście to zmartwienie dopiero na parzyły rok.

Cumując u burmistrza Zakroczymia (550, 555 km?) nieodmiennie „mamy na talerzu” Warszawiaków. „Płacą po 1000 dolarów żeby w Norwegii zobaczyć orła. A tu? Trzy dziennie !!!” Brzmi coroczne narzekanie władz miasta. Fakt. Zawsze jest miło zobaczyć orła. Człowiek od razu robi się lekki (Ciekawe czy w Norwegii też). Dalej Czerwińsk (578 km) i Wyszogród (586 km) ze swoimi rybakami (TV Flis „Rybacy czerwińscy”). Oni znają te okolice z dokładnością 5 metrów, po ciemku w nocy. Łowić z nimi (legalnie, sieciowo) to czysta przyjemność. Tacy bacowie na wodzie. Dalej jest lepiej tylko w Tczewie. Pływanka przez Dobrzyń (660 km) i Włocławek zależy tylko od Wiatru. Na śluzie 12 metrów w dół i do Nieszawy (702 km). Nie cumujemy przy ruinach zamku w Bobrownikach (694 km). To ersatz murów obronnych. Na dodatek źle zrobiony. Zaoszczędzony czas odbijemy sobie wśród rybaków, znajomych nieszawskich w klasztorze, pod opieką niezmordowanego działu promocji Nieszawy. Dalej Toruń (735 km), piękna panorama i zdjęcie pod flisakiem na rynku. Solec Kujawski (762 km) i śluzy na Brdzie (771 km) do Bydgoszczy. To miasto ma najlepiej zwróconą twarz ku rzece. Większość innych grodów odwraca się do niej. Tu mamy skrzyżowanie dróg wodnych. Z Bydgoszczy na powrót Fordon i potem Chełmno (804 km). Cumowanie przy ogródkach działkowych i daleko do miasta. No ale co to za miasto – jedno z niewielu, które mają jeszcze mury obronne naokoło i piękny rynek. Płyniemy dalej. Następny przystanek Grudziądz (836 km) zapiera dech w piersiach. Z wody rozpościera się najładniejsza w Polsce, nie odkryta przez zmotoryzowane masy rozwrzeszczanych rodzin, panorama na miasto. Rząd spichlerzy, brama do miasta, wieża kościelna. Żeby turysta samochodowy mógł ją zobaczyć musi tylko skręcić na most na „krajowej jedynce” nadkładając sześć kilometrów. My rzucić kotwicę. Jest tak ładnie, że pomimo paskudnej pogody Francuzi na żagielku chodzą w tę i z powrotem. Oczywiście cumujemy o trzeciej, żeby zdążyć do rzeźnika po wędzoną słoninę. Za Grudziądzem Osia Góra (843 km). Święte miejsce flisaków. Tu się chrzci fryców na pełnoprawnych członków załogi. Od trzystu lat. Dalej Gniew (877 km) i strasznie wysoko na zamek. Chociaż warto, bo załoga sobie może postrzelać z łuku. Niby nic ale z drobnostek świat jest zbudowany (dzieci od władz miasta dostają czekoladę). Dalej flota idzie do Malborka. Stamtąd część załogi jedzie pociągiem do Tczewa (907 km) do rybaków (909 km) (żeby założyć sieci i wieriaszki na węgorze). Powrót na główną Wisłę i do Tczewa. Muzeum Wisły i rybacy.

Jesteśmy w wiślanym domu. I schabowy z kapustą od starostwa. Plac zabaw przy rzece. Dwa kilometry w dół rzeki najprawdziwsza osada rybacka. Co za ludzie. Używają tak barwnego, wartkiego języka, że przy nich Pawlak z filmu „Sami swoi” to żmudziński mruk. A ryby łapią skutecznie i malowniczo (nas interesują węgorze). Tylko mają strasznie duży, liczony od zawsze od kwintala żyta, czynsz za brzeg. Teraz, kiedy się popłynie pół dnia to już jest morze (941,3 km). Po trzech tygodniach przywykł człowiek, że dalej zawsze coś widać. A tu pustka. Trzeba zawrócić i przejść śluzę w Przegalinie (936 km). Tu zaczynają się flisackie opowieści, bo jutro tylko pół dnia i Żuraw Gdański i ukochany dyrektor CMM Jerzy Litwin, który nas kładzie do snu na „Sołdku” (PALIĆ NIE WOLNO). Koniec. Dla nas. Jak śpiewali flisacy, jak my śpiewamy:

Przeorałeś flisie Wisełkę do Gdańska
A teraz przygrywasz na skrzypeczkach z pańska

Pod górkę”, w górę rzeki, pływają tylko najlepsi z Flisów Akademickich. Wodą wracają do domu, ale to już zupełnie inna opowieść.